lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 57

Mary lękała się, że Marta zacznie stawiać jej pytania, na które trudno dać będzie odpowiedź, ale obawy jej były zbyteczne. Zajęła się nasionkami i narzędziami i tylko przez chwilkę Mary była w obawie. A było to wtedy, gdy Marta spytała, gdzie te nasionka wysieje.
— Kogo panienka prosiła? — pytała.
— Jeszczem się nikogo nie pytała i nikogo nie prosiła — odparła Mary wahająco.
— No dobrze. Więc panience nie radzę mówić o tym z naczelnym ogrodnikiem. To taki wielki pan, ten pan Boach.
— Nigdym go nie widziała. Widziałam tylko pomocników i Bena Weatherstaffa.
— Żebym była na miejscu panienki, to prosiłabym Bena — radziła Marta. — Nie jest on ani przez pół taki niedobry, jak na to wygląda, choć taki skwaszony. Pan Craven pozwala mu na wszystko, bo on tu już był za życia jaśnie pani i zawsze panią umiał rozśmieszyć i zabawić. A pani też go lubiła. Może on panience gdzie na boku jaki kącik ogrodu wynajdzie.
— Gdyby to było gdzie na boku i gdyby nikt tego kawałka ziemi nie chciał, to wszakżeby to nikomu nie powinno szkodzić, prawda? — wyrzekła Mary lękliwie.
— Naturalnie, że nie powinno — odparła Marta. — Przecież by panienka nikomu krzywdy nie zrobiła.
Mary zjadła obiad z najwyższym pośpiechem, a wstawszy od stołu, zamierzała pobiec do swego pokoju po kapelusz, lecz ją Marta wstrzymała.
— Mam panience coś do powiedzenia — rzekła — tylkom myślała sobie, że lepiej dać panience wpierw zjeść spokojnie obiad. Pan Craven wrócił dziś rano i zdaje mi się, że chce panienkę zobaczyć.
Mary zbladła jak opłatek.
— O mój Boże! — zawołała. — Czemu?! Czemu?! Wszak nie chciał mnie widzieć, gdym przyjechała. Słyszałam ja, Pitcher mówił, że nie chce!
— Ano tak — tłumaczyła Marta — pani Medlock mówi, że to przez matkę. Szła sobie do Thwaite i spotkała pana. Dawniej to nie byłaby z nim mówiła, ale pan Craven był kilka razy u nas. On to zapomniał, ale matka nie zapomniała i to ją ośmieliło, że go zaczepiła. Nie wiem, co tam mu o panience mówiła, ale coś takiego powiedziała, że pan chce panienkę zobaczyć, zanim znów jutro wyjedzie.
— Ach! Więc pojedzie sobie jutro? — wołała Mary. — Co za szczęście!
— Tak! Jedzie i na bardzo długo. Nie wróci teraz aż jesienią albo zimą. Będzie podróżował po obcych krajach. Zawsze tak robi.
— Takam szczęśliwa, takam szczęśliwa! — wołała Mary.
Jeżeli do zimy nie wróci, to będzie czas doglądać tajemniczego ogrodu i do życia go doprowadzić. Gdyby nawet wtedy odkrył wszystko i odebrał jej go, to by już w zysku miała tyle radosnych chwil.
— A kiedy, myślisz, będzie chciał zobaczyć…
Nie dokończyła zdania, gdyż drzwi się otwarły i pani Medlock wkroczyła do pokoju. Miała na sobie swoją najlepszą czarną suknię i czepiec, a w kołnierzyk wpiętą miała wielką broszkę z portretem mężczyzny. Była to kolorowana fotografia ś.p. pana Medlocka, który wiele lat temu umarł, a żona jego nosiła broszkę z jego wizerunkiem na wszystkie wielkie uroczystości. Była zdenerwowana i podniecona.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia