lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 71

Wyszła z pokoju, lecz po upływie jakichś dziesięciu minut wróciła zakłopotana.
— Naprawdę, oczarowała go panienka — rzekła. — Siedzi sobie na kanapie ze swoją książką. Kazał bonie iść sobie aż do szóstej. Ja czekałam w sąsiednim pokoju. Jak tylko wyszła, zawołał mnie do siebie i mówi: „Chcę, żeby do mnie przyszła porozmawiać Mary Lennox, ale pamiętaj, żebyś o tym nie mówiła”. Niech panienka idzie czym prędzej.
Mary chętnie pospieszyła. Nie pragnęła wprawdzie tak bardzo zobaczyć Colina, jak pragnęła zobaczyć Dicka, lecz niemniej bardzo go widzieć chciała.
Gdy weszła, jasny ogień płonął na kominku, a przy świetle dziennym wydał jej się pokój ten rzeczywiście bardzo piękny. Dywany, portiery, książki na półeczkach, wszystko było barwne i nadawało całości wygląd jasny, pogodny, pomimo zachmurzonego nieba i padającego deszczu na dworze. Colin sam wyglądał jak obrazek. Miał na sobie miękkie, welwetowe ubranie i siedział wsparty na bogato haftowanych poduszkach. Policzki mu pałały.
— Chodź do mnie — zawołał — całe rano o tobie myślałem.
— Ja także myślałam o tobie — była odpowiedź Mary. — Nie masz pojęcia, jak strasznie Marta się boi. Ona mówi, że pani Medlock pomyśli, że ona mnie o tobie powiedziała, a wtedy straci naturalnie miejsce.
Chłopiec zmarszczył czoło.
— Idź, zawołaj ją tutaj — rzekł. — Ona jest tu w pokoju obok.
Mary poszła i przyprowadziła ją. Pod biedną Martą nogi dygotały. Colin wciąż był nachmurzony.
— Czy masz robić to, co mnie się podoba, czy nie? — zapytał.
— Tak, sir, mam robić to, co się jemu podoba — wyjąkała Marta, czerwieniąc się jak burak.
— Czy Medlock ma robić to, co mnie się podoba?
— Tak, sir, ona i wszyscy — brzmiała odpowiedź.
— No, dobrze. Zatem, jeżeli ja każę przyprowadzić tu pannę Mary, to dlaczego Medlock ma cię wydalić, gdyby się o tym dowiedziała?
— Proszę nie pozwolić jej, sir — błagała Marta.
— Ja ją wydalę, gdyby ośmieliła się słówko o tym pisnąć — rzekł młody pan Craven wyniośle. — Mogę cię zapewnić, że by tego nie chciała.
— Dziękuję, sir. Chciałam spełnić swój obowiązek — rzekła, dygając.
— Obowiązkiem twoim jest robić to, co ja chcę — mówił Colin z coraz większą godnością. — Będę o tobie pamiętał. Teraz możesz odejść.
Gdy się drzwi za Martą zamknęły, Colinowi zdało się, że Mary przygląda mu się tak, jakby ją w podziw był wprawił.
— Czemu na mnie tak dziwnie patrzysz? — zapytał. — O czym myślisz?
— Myślę o dwóch rzeczach.
— O jakich? Usiądź i opowiedz mi.
— Pierwsza rzecz taka — zaczęła Mary, sadowiąc się wygodnie. — Raz w Indiach widziałam chłopca, który był radżą. Suknię miał naszytą rubinami, szmaragdami i brylantami. Do swoich sług odzywał się tak, jak ty do Marty. Każdy musiał w tej chwili robić to, co mu rozkazał. Myślę, że gdyby zaraz kto nie usłuchał, to by go zabito.
— Zaraz mi opowiesz więcej o radżach — rzekł Colin. — Ale najpierw powiedz mi tę drugą rzecz, o której myślałaś.
— Myślałam sobie o tym, jak odmienny jesteś od Dicka.
— Kto to jest Dick? — spytał. — Co za dziwaczne imię!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia