Mary również słyszała o nich po raz pierwszy, niemniej jednak poczynała nabierać pewności, że choć Colin był dziwak, to jednak czytał on wiele książek i był chłopcem umiejącym przekonywać. Gdy podniósł głowę i utkwił w kogo swe dziwne, wielkie oczy, natenczas miało się uczucie, że, czy się chce czy nie chce, wierzyć mu trzeba, jakkolwiek miał dopiero lat dziesięć, na jedenasty. W tej zaś chwili był bardziej przekonywujący niż kiedykolwiek, bowiem nagle uczuł się przejęty tym, że ma wygłosić mowę jak dorosły człowiek.
— Owe wielkie naukowe odkrycia, które przedsięwezmę — mówił — tyczyć się będą czarów. Czary to potężna rzecz i mało kto o nich coś wie z wyjątkiem kilku ludzi w starych książkach… i Mary, która wie to i owo, ponieważ urodziła się w Indiach, gdzie są fakirzy. Myślę, że Dick zna czary, choć może nie wie o tym, że je zna. Czaruje zwierzęta i ludzi. Nie byłbym mu nigdy pozwolił przyjść do siebie i spojrzeć na się, gdyby nie był czarodziejem zwierząt, co znaczy czarodziejem chłopców, bo chłopiec to zwierzątko. Jestem przekonany, że czary są we wszystkim, tylko ludzie nie mają dość zmysłu, żeby je pochwycić i zmusić do wykonywania różnych rzeczy dla nas, jak to czyni elektryczność, konie i para.
Brzmiało to tak imponująco, że Ben Weatherstaff był bardzo wzruszony i nie umiał panować nad sobą.
— Wedle rozkazu, sir! — przemówił i prostował się coraz więcej.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.