lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 47

— Ehe! Myślisz, że tym wszystko naprawisz — rzekł Ben Weatherstaff, marszcząc twarz w taki sposób, że Mary była pewna, że usiłuje wyglądać nieprzyjemnie. — Zdaje ci się, że ci się nikt oprzeć nie może, prawda?
Gil skrzydełka rozwinął — a Mary ledwo oczom własnym chciała wierzyć: pofrunął bowiem wprost na rękojeść łopaty ogrodnika i usiadł. W tejże chwili twarz starego z wolna przybierać zaczęła całkiem nowy wyraz. Stał cicho, jakby się lękał odetchnąć głośniej — jakby postanowił nie poruszyć się z miejsca za nic na świecie, dopóki by gil nie odfrunął. Mówić począł szeptem.
— No, teraz to już po mnie — rzekł tak słodko, jakby nie te wymawiał wyrazy. — Oj, jakże ty wiesz, jak za serce chwycić starego! To chyba czary, jakiś ty mądry!
I stał tak nieporuszony, oddech wstrzymując, dopóki gil znów skrzydełek nie rozwinął i nie odfrunął. Wtedy długo patrzył na rękojeść łopaty, jakby była zaczarowana, po czym jął kopać, milcząc czas jakiś.
Ale ponieważ stary ogrodnik nie przestawał się uśmiechać, przeto Mary nie lękała się zagadać do niego.
— Czy macie własny ogród? — spytała.
— Nie, bo nie jestem żonaty i mieszkam przy bramie z Marcinem.
— A gdybyście mieli, to co byście sadzili najwięcej? — spytała dalej Mary.
— Kapustę, kartofle i cebulę.
— No tak, ale gdybyście urządzali sobie ogród kwiatowy, to co byście sadzili?
— Różne cebulki i słodko pachnące kwiatki, ale najwięcej róż.
Pojaśniała twarz Mary.
— Więc lubicie róże? — rzekła.
Ben Weatherstaff wyrwał chwast, odrzucił go, po czym dopiero odparł:
— Anoć lubię, i bardzo. A nauczyła mnie tego pewna młoda pani, u której byłem ogrodnikiem. Miała ona moc róż w jednym miejscu, które lubiła bardzo, a kochała je tak, jakby to były dzieci albo… gile. Nierazem widział, jak się pochylała i całowała je. — Znów wyrwał chwast i zamyślił się. — Było to już dziesięć lat temu.
— A gdzie teraz jest ta pani? — spytała Mary, zaciekawiona ogromnie.
— W niebie — odrzekł, zagłębiając silnie łopatę w ziemię — jeśli się ma wierzyć w to, co mówią księża.
— A co się stało z różami? — spytała znów Mary, w najwyższym stopniu zaciekawiona.
— Zostawione zostały samym sobie.
Mary podniecała się coraz bardziej.
— Więc całkiem pomarły? Czy róże całkiem umierają, gdy się je zostawia samym sobie? — zaryzykowała Mary pytanie.
— Nauczyłem się kochać je i ją kochałem, i ona je kochała — dodał Ben Weatherstaff niechętnie. — Raz, dwa razy na rok czasem, to idę poprawiać trochę przy nich, poobcinać suszki, obkopać korzenie… Dziko teraz rosną, ale były w bogatą ziemię sadzone, więc dużo z nich żyje.
— A jak nie mają listków i wyglądają szare i brunatne, i suche, to jak można poznać, czy żywe są czy poschnięte? — indagowała Mary.
— Niech no panienka poczeka, aż wiosna przyjdzie, aż je deszczyk zrosi, a słońce przygrzeje, a zaraz będzie wiadomo.
— Jakim sposobem? — zawołała z zapałem Mary, zapominając o ostrożności.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia