lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 55

Mary zdawało się, że jakkolwiek wiele już lat przeżyła, to jednakże nigdy nie zapomni owego pięknego ranka, kiedy jej ogród począł *rosnąć*. A rzeczywiście tego rana zdawał się zacząć rozwijać. Kiedy Dick począł ziemię oczyszczać pod siew, przypomniała jej się piosenka, którą Bazyli śpiewał, gdy ją chciał drażnić.
— Czy są kwiatki, które mają kształt dzwonków? — zagadnęła.
— Konwalie mają kształt dzwonków, i kampanule, i dzwonki.
— Posadzimy je — rzekła Mary.
— Konwalie tu są, bom już widział. Rosną za gęsto, trzeba je będzie rozsadzić, ale ich moc tu jest. Te drugie to dopiero po dwóch latach kwitną, jak je się sieje, ale mogę flance przynieść od nas, bo je w ogródku mamy. Czemu panienka chce je zasadzić?
Wtedy Mary opowiedziała mu o Bazylim i jego rodzeństwie w Indiach, i o tym, jak ich nie cierpiała i jak oni nazywali ją „panną Mary kapryśnicą”.
— Tańcowali około mnie i śpiewali:

Panno Mary, kapryśnico,
Odwróć zagniewane lico!
Czy w ogródku rosną kwiatki,
Róże, dzwonki i bławatki?

— Przypomniało mi się to właśnie i ciekawa byłam, czy istnieją kwiatki jak dzwonki.
Zmarszczyła czoło i jakby ze złością uderzyła grabiami w ziemię.
— Ale ja nie byłam taka kapryśnica jak oni.
Dick śmiał się.
— Ej! — zawołał, rozdrabniając ręką ziemię i wdychając jej zapach. — Zdaje mi się, że nikt nie potrzebuje kaprysić, jak się ma wkoło siebie kwiatki takie śliczne i tyle cudnych, dzikich rzeczy, co tu się pną i zwieszają, i innych, co domki i gniazdka sobie budują, a ćwierkają i śpiewają. No, czy nie prawda?
Mary, klęcząca obok niego i podająca mu nasionka, z wolna czółko rozmarszczyła.
— Dicku, jesteś tak miły, jak Marta mówiła. Lubię cię i jesteś już piątą taką osobą. Nie byłabym nigdy myślała, że będę lubiła aż pięć osób.
Dick usiadł na piętach jak Marta, gdy czyściła kominek. W Mary przekonaniu wyglądał zabawnie i uroczo zarazem ze swoimi okrągłymi oczyma, czerwonymi policzkami i zabawnym, zadartym nosem.
— Tylko pięć osób panienka lubi? — zawołał. — A kto są ci czterej pozostali?
Mary poczęła wyliczać na palcach:
— Matka twoja, Marta, gil i Ben Weatherstaff.
Dick zaczął się śmiać, tak, że musiał sobie dłonią usta zatknąć.
— Ja wiem, że panienka myśli, żem dziwny chłopak — rzekł — ale ja znów myślę, że panienka jest najdziwniejszą dziewczynką pod słońcem.
Wtedy Mary zrobiła coś dziwnego. Pochyliła się ku niemu i zadała pytanie, jakie jej nigdy przedtem nie byłoby do głowy przyszło.
— A ty, czy mnie lubisz? — spytała.
— Ojoj! — odpowiedział serdecznie. — Jeszcze jak! Strasznie panienkę lubię i jestem pewny, że gil tak samo lubi panienkę.
— To byłoby dwóch już przyjaciół — rzekła Mary. — Dwóch przyjaciół własnych!
Po czym oboje zaczęli pracować jeszcze pilniej i radośniej niż przedtem. Mary przelękła się i zmartwiła, gdy posłyszała dzwon podwórzowy wzywający na obiad.
— Będę musiała iść już — rzekła smutno. — A i ty pewnie musisz wracać, prawda?
Dick uśmiechnął się.
— Mój obiad nietrudno zabrać z sobą — wyrzekł. — Matka mi zawsze do kieszeni cośkolwiek włoży.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia