Proszę Pana — wiele sobie z niej obiecywać nie sposób — mój mąż wyjechał, byłby to lepiej wyłuszczył — przywieźli ją zawczoraj — była w konwulsjach. — Jakie gorąco. —
/ obciera twarz /
Mamy dużo chorych — żadnego jednak tak niebezpiecznie, jak ona. — Imainuj sobie Pan, ten instytut kosztuje nas ze dwakroć sto tysięcy. — Patrz Pan, jaki widok na góry — ale Pan, widzę, niecierpliwy — więc to nieprawda, że jakóbinyjej męża porwali w nocy? — Proszę Pana. —
*
/ Pokój — kratowane okno — kilka krzeseł — łóżko — Żona na kanapie. — /
MĄŻ
/ wchodzi /
Chcę być z nią sam na sam. —
GŁOS ZZA DRZWI
Mój mąż by się gniewał, gdyby…
MĄŻ
Dajże mi W. Pani pokój! —
/ drzwi za sobą zamyka i idzie ku Żonie /
GŁOS ZNAD SUFITU
W łańcuchy spętaliście Boga. — Jeden już umarł na krzyżu. — Ja drugi Bóg, i równie wśród katów. —
GŁOS SPOD PODŁOGI
Na rusztowanie głowy królów i panów — ode mnie poczyna się wolność ludu. —
GŁOS ZZA PRAWEJ ŚCIANY
Klękajcie przed królem, panem waszym. —
GŁOS ZZA LEWEJ ŚCIANY
Kometa na niebie już błyska — dzień strasznego sądu się zbliża. —
MĄŻ
Czy mnie poznajesz, Mario? —
ŻONA
Przysięgłam ci na wierność do grobu. —
MĄŻ
Chodź — daj mi ramię, wyjdziemy. —
ŻONA
Nie mogę się podnieść — dusza opuściła ciało moje, wstąpiła do głowy. —
MĄŻ
Pozwól, wyniosę ciebie. —
ŻONA
Dozwól chwil kilka jeszcze, a stanę się godną ciebie. —
MĄŻ
Jak to?
ŻONA
Modliłam się trzy nocy i Bóg mnie wysłuchał. —
MĄŻ
Nie rozumiem cię. —
ŻONA
Od kiedym cię straciła, zaszła odmiana we mnie — „Panie Boże” mówiłam i biłam się w piersi, i gromnicę przystawiałam do piersi, i pokutowałam, „spuść na mnie ducha poezji” i trzeciego dnia z rana stałam się poetą. —
MĄŻ
Mario —
ŻONA
Henryku, mną teraz już nie pogardzisz — jestem pełna natchnienia — wieczorami już mnie nie będziesz porzucał. —
MĄŻ
Nigdy, nigdy. —
ŻONA
Patrz na mnie. — Czy nie zrównałam się z tobą? — Wszystko pojmę, zrozumiem, wydam, wygram, wyśpiewam. — Morze, gwiazdy, burza, bitwa. — Tak, gwiazdy, burza, morze — ach! wymknęło mi się jeszcze coś — bitwa. — Musisz mnie zaprowadzić na bitwę — ujrzę i opiszę — trup, całun, krew, fala, rosa, trumna. —
Nieskończoność mnie obleje
I jak ptak, w nieskończoności
Błękit skrzydłami rozwieję
I lecąc, się rozemdleję
W czarnej nicości. —
MĄŻ
Przeklęstwo — przeklęstwo! —
ŻONA
/ obejmuje go ramionami i całuje w usta /
Henryku mój, Henryku, jakżem szczęśliwa. —
GŁOS SPOD POSADZKI
Trzech królów własną ręką zabiłem — dziesięciu jest jeszcze — i księży stu śpiewających mszę. —
GŁOS Z LEWEJ STRONY
Słońce trzecią część blasku straciło — gwiazdy zaczynają potykać się po drogach swoich — niestety — niestety.
MĄŻ
Dla mnie już nadszedł dzień sądu.
ŻONA
Rozjaśnij czoło, bo smucisz mnie na nowo. — Czegóż ci nie dostaje? — Wiesz, powiem ci coś jeszcze.
MĄŻ
Mów, a wszystkiego dopełnię.
ŻONA
Twój syn będzie poetą.
MĄŻ
Co?
ŻONA
Na chrzcie ksiądz mu dał pierwsze imię — poeta — a następne znasz, Jerzy Stanisław. — Jam to sprawiła — błogosławiłam, dodałam przeklęstwo — on będzie poetą. — Ach, jakże cię kocham, Henryku.
GŁOS Z SUFITU
Daruj im, Ojcze, bo nie wiedzą, co czynią.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.