lektury on-line

Kategorie

Nie-Boska komedia - Zygmunt Krasiński - Strona 22

Niegdyś anioły moje — Pospólstwo go zewsząd oblało — zginął mi w natłoku — jedno po muzyce poznaję, że się od nas oddala. — Choć za mną — stamtąd lepiej nam patrzeć będzie. —
/ wdziera się na odłamek muru /
PRZECHRZTA
Aj waj, aj waj! Każdy nas tu spostrzeże. —
MĄŻ
Widzę go znowu — drugie niewiasty cisną się za nim, blade, obłąkane, w konwulsjach. — Syn filozofa pieni się, potrząsa sztyletem. — Dochodzą teraz do ruin wieży północnej. —
Stanęli — pląsają na gruzach — rozrywają nieobalone arkady — sypią iskrami na leżące ołtarze i krzyże — płomień się zajmuje i gna słupy dymu przed sobą — biada wam — biada! —
LEONARD
Biada ludziom, którzy dotąd się kłaniają umarłemu Bogu. —
MĄŻ
Czarne bałwany nawracają się i ku nam pędzą. —
PRZECHRZTA
O Abrahamie! —
MĄŻ
Orle, wszak moja godzina nie tak bliska jeszcze? —
PRZECHRZTA
Już po nas. —
LEONARD
/ przechodząc, zatrzymuje się /
Coś ty za jeden, bracie, z taką dumną twarzą — czemu nie łączysz się z nami? —
MĄŻ
Śpieszę z daleka na odgłos waszego powstania. — Jestem morderca klubu Hiszpańskiego i dopiero dziś przybyłem. —
LEONARD
A ten drugi po co się w zawojach płaszcza twego kryje? —
MĄŻ
To mój brat młodszy — ślubował, że twarzy ludziom nie ukaże, nim zabije przynajmniej barona. —
LEONARD
Ty sam czyją śmiercią się chlubisz? —
MĄŻ
Na dwa dni tylko przed wybraniem się w drogę starsi bracia dali mi święcenie. —
LEONARD
Kogóż masz na myśli?
MĄŻ
Ciebie pierwszego, jeśli się nam sprzeniewierzysz. —
LEONARD
Bracie, na ten użytek weź sztylet mój. —
/ wyciąga sztylet z pasa /
MĄŻ
/ dobywa swojego sztyletu /
Bracie, na ten użytek i mojego wystarczy. —
GŁOS LUDZI
Niech żyje Leonard! — Niech żyje morderca Hiszpański! —
LEONARD
Jutro staw się u namiotu Obywatela Wodza.
CHÓR KAPŁANÓW
Pozdrawiamy cię, gościu, imieniem ducha Wolności — w ręku twoim część naszego zbawienia. — Kto walczy bez ustanku, morduje bez słabości, kto dniem i nocą wierzy zwycięstwu, ten zwycięży wreszcie. —
/ przechodzą /
CHÓR FILOZOFÓW
My ród ludzki dźwignęli z dzieciństwa. — My prawdę z łona ciemności wyrwali na jaśnią. — Ty za nią walcz, morduj i giń.
/ przechodzą /
SYN FILOZOFA
Towarzyszu bracie, czaszką starego świętego piję zdrowie twoje — do widzenia. —
/ rzuca czaszkę /
DZIEWCZYNA
/ tańcując /
Zabij dla mnie księcia Jana. —
DRUGA
Dla mnie hrabiego Henryka. —
DZIECI
Prosimy cię ślicznie o głowę arystokraty. —
INNI
Szczęść się twojemu sztyletowi! —
CHÓR ARTYSTÓW
Na ruinach gotyckich świątynię zbudujem tu nową — obrazów w niej ni posągów nie ma — sklepienie w długie puginały, filary w osiem głów ludzkich, a szczyt każdego filara jako włosy, z których się krew sączy — ołtarz jeden biały — znak jeden na nim — czapka wolności — Hurracha! —
INNI
Dalej, dalej, już brzask świta.
PRZECHRZTA
Rychło nas powieszą — gdzie szubienica. —
MĄŻ
Cicho, Żydzie — lecą za Leonardem, nie patrzą już na nas. — Ogarniam wzrokiem, raz ostatni podchwytuję myślą ten chaos, dobywający się z toni czasu, z łona ciemności, na zgubę moją i wszystkich braci moich — gnane szałem, porwane rozpaczą myśli moje w całej sile swej kołują. —
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia