Do widzenia na okopach Świętej Trójcy. —
A kiedy wam kul zabraknie i prochu…
MĄŻ
To się zbliżym na długość szabel naszych. — Do widzenia. —
PANKRACY
Dwa orły z nas — ale gniazdo twoje strzaskane piorunem. —
/ bierze płaszcz i czapkę wolności /
Przechodząc próg ten, rzucam nań przeklęstwo, należne starości. — I ciebie, i syna twego poświęcam zniszczeniu. —
MĄŻ
Hej, Jakubie!
/ Jakub wchodzi. /
Odprowadzić tego człowieka aż do ostatnich czat moich na wzgórzu. —
JAKUB
Tak mi Panie Boże dopomóż! —
/ wychodzi /
CZĘŚĆ CZWARTA
Od baszt Świętej Trójcy do wszystkich szczytów skał, po prawej, po lewej, z tyłu i na przodzie leży mgła śnieżysta, blada, niewzruszona, milcząca, mara oceanu, który niegdyś miał brzegi swoje, gdzie te wierzchołki czarne, ostre, szarpane, i głębokości swoje, gdzie dolina, której nie widać, i słońce, które jeszcze się nie wydobyło. —
Na wyspie granitowej, nagiej, stoją wieże zamku, wbite w skałę pracą dawnych ludzi i zrosłe ze skałą jak pierś ludzka z grzbietem u Centaura. — Ponad nimi sztandar się wznosi, najwyższy i sam jeden wśród szarych błękitów.
Powoli śpiące obszary budzić się zaczną — w górze słychać szumy wiatrów — z dołu promienie się cisną — i kra z chmur pędzi po tym morzu z wyziewów. —
Wtedy inne głosy, głosy ludzkie, przymieszają się do tej znikomej burzy i niesione na mglistych bałwanach, roztrącą się o stopy zamku. —
Widna przepaść wśród obszarów, co pękły nad nią. —
Czarno tam w jej głębi, od głów ludzkich czarno — dolina cała zarzucona głowami ludzkimi, jako dno morza głazami. —
Słońce ze wzgórzów na skały wstępuje — w złocie unoszą się, w złocie roztapiają się chmury, a im bardziej nikną, tym lepiej słychać wrzaski, tym lepiej dojrzeć można tłumy, płynące u dołu. —
Z gór podniosły się mgły — i konają teraz po nicościach błękitu. — Dolina Świętej Trójcy obsypana światłem migającej broni i Lud ciągnie zewsząd do niej jak do równiny Ostatniego Sądu. —
/ Katedra w zamku Świętej Trójcy. — /
/ Panowie, senatory, dygnitarze siedzą po obu stronach, każdy pod posągiem jakiego króla lub rycerza — za posągami tłumy szlachty — przed wielkim ołtarzem w głębi Arcybiskup w krześle złoconym, z mieczem na kolanach — za ołtarzem Chór Kapłanów. — Mąż stoi w progu przez chwilą, potem zaczyna iść powoli ku Arcybiskupowi ze sztandarem w ręku. — /
CHÓR KAPŁANÓW
Ostatnie sługi Twoje, w ostatnim kościele Syna Twego, błagamy Cię za czcią ojców naszych. — Od nieprzyjaciół wyratuj nas, Panie!
PIERWSZY HRABIA
Patrz, z jaką dumą spogląda na wszystkich. —
DRUGI HRABIA
Myśli, że świat podbił. —
TRZECI HRABIA
A on się tylko nocą przedarł przez obóz chłopów. —
PIERWSZY HRABIA
Sto trupów położył, a dwieście swoich stracił. —
DRUGI HRABIA
Nie dajmy, by go wodzem obrali.
MĄŻ
/ klęka przed Arcybiskupem /
U stóp twoich składam zdobycz moją. —
ARCYBISKUP
Przypasz miecz ten, błogosławiony niegdyś ręką Świętego Floriana. —
GŁOSY
Niech żyje hr. Henryk — niech żyje!
ARCYBISKUP
I przyjm ze znakiem Krzyża Św. dowództwo w tym zamku, ostatnim państwie naszym — wolą wszystkich mianuję cię wodzem. —
GŁOSY
Źródło tekstu: Wolne Lektury.