lektury on-line

Kategorie

Nie-Boska komedia - Zygmunt Krasiński - Strona 6

Pokażcie mi się, weźcie postać, którą bym mógł zgiąć i obalić. — Jeśli się was ulęknę, bodajbym Jej nie otrzymał nigdy. —
DZIEWICA
/ na drugiej stronie przepaści /
Uwiąż się dłoni mojej i wzleć. —
MĄŻ
Cóż się dzieje z tobą — kwiaty odrywają się od skroni twoich i padają na ziemię, a jak tylko się jej dotkną, ślizgają jak jaszczurki, czołgają jak żmije. —
DZIEWICA
Mój luby! —
MĄŻ
Przez Boga, suknię wiatr zdarł ci z ramion i rozdarł w szmaty. —
DZIEWICA
Czemu się ociągasz? —
MĄŻ
Deszcz kapie z włosów — kości nagie wyzierają z łona. —
DZIEWICA
Obiecałeś — przysiągłeś —
MĄŻ
Błyskawica zrzenice jej wyżarła. —
CHÓR DUCHÓW ZŁYCH
Stara, wracaj do piekła — uwiodłaś serce wielkie i dumne, podziw ludzi i siebie samego. — Serce wielkie, idź za lubą twoją. —
MĄŻ
Boże, czy Ty mnie za to potępisz, żem uwierzył, iż Twoja piękność przenosi o całe niebo piękność tej ziemi — za to, żem ścigał za nią i męczył się dla niej, ażem stał się igrzyskiem szatanów!
DUCH ZŁY
Słuchajcie, bracia — słuchajcie! —
MĄŻ
Dobija ostatnia godzina. — Burza kręci się czarnymi wiry — morze dobywa się na skały i ciągnie ku mnie — niewidoma siła pcha mnie coraz dalej — coraz bliżej —z tyłu tłum ludzi wsiadł mi na barki i prze ku otchłani. —
DUCH ZŁY
Radujcie się, bracia — radujcie! —
MĄŻ
Na próżno walczyć — rozkosz otchłani mnie porywa — zawrót w duszy mojej — Boże — wróg Twój zwycięża! —
ANIOŁ STRÓŻ
/ ponad morzem /
Pokój wam, bałwany, uciszcie się. —
W tej chwili na głowę dziecięcia twego zlewa się woda święta. —
Wracaj do domu i nie grzesz więcej. —
Wracaj do domu i kochaj dziecię twoje. —
*
/ Salon z fortepianem — wchodzi Mąż — Służący ze świecą za nim. — /
MĄŻ
Gdzie Pani?
SŁUGA JW.
Pani słaba. —
MĄŻ
Byłem w jej pokoju — pusty. —
SŁUGA
Jasny Panie, bo JW. Pani tu nie ma.
MĄŻ
A gdzie?
SŁUGA
Odwieźli ją wczoraj…
MĄŻ
Gdzie?
SŁUGA
Do domu wariatów.
/ ucieka z pokoju /
MĄŻ
Słuchaj, Mario, może ty udajesz, skryłaś się gdzie, żeby mnie ukarać? Ozwij się, proszę cię — Mario — Marysiu —
Nie — nikt nie odpowiada. — Janie — Katarzyno! — Ten dom cały ogłuchł — oniemiał. —
Tę, której przysiągłem na wierność i szczęście, sam strąciłem do rzędu potępionych już na tym świecie. — Wszystko, czegom się dotknął, zniszczyłem i siebie samego zniszczę w końcu. — Czyż na to piekło mnie wypuściło, bym trochę dłużej był jego żywym obrazem na ziemi?
Na jakiejże poduszce ona dziś głowę położy? — Jakież dźwięki otoczą ją w nocy? — Skowyczenia i śpiewy obłąkanych. Widzę ją — czoło, na którym zawsze myśl spokojna, witająca — uprzejma — przezierała — pochylone trzyma — a myśl dobrą swoją posłała w nieznane obszary, może za mną, i błąka się biedna, i płacze. —
GŁOS SKĄDSIŚ
Dramat układasz. —
MĄŻ
Ha! — mój Szatan się odzywa —
/ bieży ku drzwiom, rozpycha podwoje /
Tatara mi osiodłać — płaszcz mój i pistolety! —
*
/ Dom obłąkanych, w górzystej okolicy. — Ogród wokoło. — /
ŻONA DOKTORA
/ z pękiem kluczów u drzwi /
— Może Pan krewny Hrabiny. —
MĄŻ
Jestem przyjacielem jej męża, on mnie tu przysłał. —
ŻONA DOKTORA
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia