Czy może wejść? Także pytanie! Scrooge powinien był podziękować Bogu, że siostrzeniec z radości nie urwał mu ręki przy powitaniu…
Po upływie dziesięciu minut Scrooge czuł się tutaj jak we własnym domu. Niepodobna sobie wyobrazić coś serdeczniejszego nad przyjęcie, jakiego doznał. Żona Freda nie dała się wyprzedzić mężowi, jak również Topper, owa mała, pulchna siostra żony Freda i zresztą wszyscy goście, którzy się kolejno zjawiali. Zachwycające było całe towarzystwo, zachwycająco się bawili, zachwycająca harmonia panowała w tym kółku… Szczęście! Prawdziwe szczęście!
Nazajutrz jednak Scrooge udał się do kantoru.
Wstał wcześnie, wcześniej niż zwykle, gdyż pragnął koniecznie złapać Boba na spóźnieniu. Bardzo tego pragnął. I udało mu się to. Miał tę przyjemność. Zegar wybił dziewiątą — Boba jeszcze nie było. Kwadrans po dziewiątej — jeszcze go nie ma. Spóźnił się o całe osiemnaście i pół minuty. Scrooge otworzył szeroko drzwi do swego pokoju, aby widzieć, jak Cratchit będzie się przemykał do swej wyziębionej komórki.
Bob już w sieni zdjął kapelusz i szalik, a otworzywszy drzwi, w jednej chwili usiadł na swoim stołku i pióro jego zaczęło tak szybko biegać po papierze, jakby chciało dopędzić ubiegły czas.
— A to co? — burknął Scrooge, starając się swemu głosowi nadać ton jak najbardziej surowy. — Jak można tak się opóźniać? Co pan sobie myśli?
— Istotnie, winien jestem — szepnął pokornie Cratchit — bardzo pana przepraszam za spóźnienie…
— Spóźnienie! — burknął znów Scrooge. — Ja sądzę, że to porządne spóźnienie. Proszę tu do mnie!
— Przecież zdarzyło się to tylko raz w ciągu całego roku… — usprawiedliwiał się Cratchit, wychodząc ze swej nory. — Nie powtórzy się to więcej, zapewniam pana. Wczoraj zabawiłem się trochę.
— Wszystko to bardzo pięknie — przerwał mu Scrooge — muszę jednak oświadczyć panu, że wcale nie myślę dłużej znosić czegoś podobnego. Dlatego — ciągnął dalej, zeskakując szybko z krzesła i dając Bobowi takiego kuksańca, że się aż zatoczył do swej komórki — dlatego… podwyższam panu pensję!
Bob, przerażony, rzucił się do linii, leżącej na kantorku. Miał zamiar, uzbroiwszy się w nią, schwycić Scrooge'a za kołnierz, zwołać ludzi z ulicy i przy ich pomocy wpakować pryncypała w kaftan bezpieczeństwa.
Lecz do tego nie doszło.
— Życzę ci wesołych świąt, Robercie! — odezwał się Scrooge tak poważnie i tak serdecznie, że nie można było wątpić o szczerości jego słów, tym bardziej, że jednocześnie poklepał Boba po ramieniu z poufałością dobrego przyjaciela. — Z całego serca pragnę, aby święta tegoroczne wynagrodziły ci wszystkie święta dawne, któreś ze mną spędził. Tak jest, Robercie, podwyższam ci pensję i wszelkich starań dołożę, aby postawić na nogi twoją rodzinę, upadającą z przepracowania. Rozpatrzymy tę sprawę dziś po południu, przy szklance gorącego grogu. A teraz, Robercie, rozpal porządny ogień na kominku i nie żałuj węgla!
Scrooge zrobił więcej niż obiecał. Co zaś do maleńkiego Tima, który wcale nie umarł, Scrooge był odtąd dla niego drugim ojcem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.