Wybiła północ.
Scrooge szukał oczyma Ducha, lecz nie mógł go dojrzeć.
Z ostatnim uderzeniem godziny przypomniał sobie zapowiedź Jakuba Marleya, a wtedy, podniósłszy oczy, spostrzegł nowego Ducha. Miał on postawę majestatyczną, uroczystą, był przybrany w długi, do ziemi sięgający płaszcz z kapturem, a zbliżał się do Scrooge'a powoli, ociężale, jak tuman mgły.
IV.
Ostatni duch
Gdy widmo zbliżało się do Scrooge'a, ten upadł przed nim na kolana, ponieważ zdawało mu się, że przybysz roztacza dokoła coś tajemniczego, posępnego i groźnego.
Ów długi, czarny płaszcz, podobny do całunu, spowijał szczelnie całą postać Ducha, nawet głowę i twarz, pozwalając widzieć tylko jedną wyciągniętą rękę. Gdyby nie to, trudno byłoby dojrzeć tę postać pośród ciemności nocnej.
Znalazłszy się tuż przy Duchu, Scrooge zauważył jego niezwykle wysoki wzrost i uczuł, że go ogarnia niewypowiedziana trwoga. A ów przybysz tajemniczy wciąż milczał, stał w miejscu bez żadnego ruchu.
— Zdaje się, że mam przed sobą Ducha Przyszłych Wigilii? — wyszeptał nieśmiało Scrooge.
Duch nic nie odpowiedział, wciąż natomiast trzymał wyciągniętą rękę.
— Masz mi pokazać rzeczy — zapytał Scrooge — które staną się dopiero w przyszłości? Czy nie tak?
Górna część całunu sfałdowała się na chwilę, jak gdyby Duch pochylił potakująco swą głowę. Taką tylko Scrooge otrzymał odpowiedź.
Chociaż Scrooge już przywykł do obcowania z duchami, to jednak w obecności tego milczącego widma doznawał takiego strachu, że nogi się pod nim chwiały i nie mógł podążać za Duchem, który, snać to zauważywszy, zatrzymał się nieco, jakby chcąc mu dać dojść do równowagi.
Ale to zmieszało Scrooge'a jeszcze więcej.
Za każdym razem, gdy uczuwał, że oczy widma przenikliwie spoglądają na niego spoza czarnego całunu, przejmowała go straszliwa groza i dreszcze niewypowiedzianej trwogi, tym bardziej, że pomimo wszelkich swoich wysiłków, nie mógł nic rozróżnić pod tą czarną szatą; widział tylko wciąż wyciągniętą rękę widma i niewyraźne zarysy jego postaci.
— Duchu przyszłości — zawołał wreszcie — napełniasz mnie takim przerażeniem, jakiego nie doznawałem wobec twoich poprzedników. Ponieważ jednak wierzę, iż pragniesz mego dobra i ponieważ szczerze pragnę poprawić się, stać się innym zgoła człowiekiem, dziękuję ci już z góry z całego serca i gotów jestem wszędzie iść za tobą. Dlaczego jednak milczysz, dlaczego nie przemawiasz do mnie?
Żadnej odpowiedzi.
Ręka Ducha wciąż wskazywała wprost przed siebie.
— Prowadź mnie zatem, prowadź — rzekł Scrooge. — Czas szybko uchodzi, a wiem, że jest on dla mnie bardzo drogi. Chodźmy.
Duch ruszył powoli, a Scrooge dążył za nim, ogarnięty cieniem jego postaci; zdawało mu się, że cień ów porywa go i podtrzymuje.
Nie można powiedzieć, żeby to oni weszli do miasta; raczej miasto, wyrósłszy jakby spod ziemi, otoczyło ich nagle swoim wrzaskiem i gwarem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.