— Ależ to głupstwo! — mruczał Scrooge. — Nie wierzę, nie mogę wierzyć, żeby to była rzeczywistość.
W tej chwili pobladł z przerażenia, gdy owo coś brzęczącego, nie otwierając drzwi, weszło do pokoju i posuwało się z wolna ku niemu. Zamierający płomień na kominku wyciągnął się, zajaśniał, podskoczył, jakby wołając:
— Poznaję go, to duch Marleya!
Po czym znów wygasł.
Tak, to był on. Ta sama twarz, zupełnie ta sama. I ubrany był zupełnie tak, jak się zwykle ubierał Marley. Ten sam harcap, ta sama kamizelka, te same spodnie i buty; chwosty przy butach dziwnie były najeżone, jak również harcap, poły surduta i włosy na głowie…
Widmo wlokło za sobą długi łańcuch, który obejmował je w pasie i obwijał jeszcze kilkakrotnie; był on utworzony (Scrooge dobrze mu się przypatrzył) z kas metalowych, kluczy i zamków, ksiąg kupieckich, aktów i mocnych, stalowych sakiewek. Cała postać widma była tak przezroczysta, że Scrooge widział poprzez nią dwa guziki na tyle surduta.
Scrooge często słyszał, jak mówiono, że Marley nie miał serca ani wnętrzności, ale nigdy temu dotąd nie wierzył.
I teraz jeszcze nie wierzył, chociaż przeglądał na wskroś zjawisko, chociaż widział je tuż przed sobą, chociaż czuł lodowaty chłód jego martwych oczu, chociaż zainteresował go gatunek płótna chustki, która obwiązywała twarz widma, czego Marley za życia nie zwykł był czynić. Wciąż jeszcze nie wierzył w to, co widział i usiłował przeczyć swoim zmysłom.
— Co to znaczy? — zapytał wreszcie zwykłym swoim, zimnym, mrukliwym tonem. — Czego chcesz ode mnie?
— Wiele! Bardzo wiele! — odparło widmo.
Głos był Marleya; nie można było o tym wątpić.
— Kto jesteś?
— Zapytaj raczej: kim byłem — zabrzmiała głucha, przytłumiona odpowiedź.
— Kimże więc byłeś? — zapytał Scrooge, podnosząc głos. — Jak na ducha, jesteś bardzo drobiazgowy.
— Za życia byłem twoim wspólnikiem, Jakubem Marleyem.
— Czy możesz… czy chcesz usiąść? — zapytał znów Scrooge, spoglądając na widmo z powątpiewaniem, nie wierząc uszom własnym.
— Mogę.
— Uczyń to więc.
Scrooge zapytał o to umyślnie, gdyż nie był pewny, czy istota tak przejrzysta może usiąść na krześle; czuł, że w przeciwnym razie widmo byłoby obowiązane do niezbyt przyjemnych dla niego wyjaśnień. Lecz duch usiadł z przeciwnej strony kominka tak spokojnie i z taką swobodą, jak gdyby to było dla niego rzeczą najzwyklejszą.
— Widocznie nie wierzysz we mnie? — zagadnął duch po chwili.
— Nie wierzę — odpowiedział Scrooge.
— Jakiegoż pragniesz dowodu mego istnienia, oprócz dowodu twoich własnych zmysłów?
— Nie wiem.
— Dlaczego nie ufasz swoim zmysłom?
— Ponieważ często błahostka wyprowadza je z równowagi. Lekka niedyspozycja żołądka czyni z nich oszustów. W rezultacie, możesz być kawałkiem niestrawionej wołowiny, odrobioną musztardy, okruszyną sera, odrobiną niedogotowanego ziemniaka… Pomimo wszystko, wydajesz mi się więcej istotą cielesną niż duchem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.