lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 33

— Na każdy, który podają z dobrą wolą. Szczególniej na obiad ubogich.
— Dlaczego szczególniej na ich obiad?
— Ponieważ oni tego najwięcej potrzebują.
Wciąż niewidzialni, Duch ze Scroogem udali się na przedmieście.
Duch mógł (co Scrooge zauważył już u piekarza), pomimo swej olbrzymiej postaci, dostawać się wszędzie z łatwością i wszędzie, zarówno w niskiej lepiance, jak i we wspaniałej sali pałacu, przedstawiał się pięknie i imponująco, jak przystało na istotę nadprzyrodzoną.
Być może, iż powodowany radością, jaką odczuwał wskutek swej władzy, a może powodowany serdeczną, uprzejmą naturą i współczuciem dla wszystkich biednych — dość, że Duch zaprowadził Scrooge'a, trzymającego się wciąż jego szaty, do mieszkania jego pomocnika. Na progu Duch zatrzymał się z uśmiechem i pobłogosławił mieszkanie Boba Cratchita rosą ze swej pochodni.
Pomyślcie tylko — Bob miał tylko piętnaście „bobów” na tydzień; każdej soboty chował do kieszeni ledwie piętnaście swoich imienników; a jednak Duch błogosławił dzisiejszej nocy wigilijnej jego domowi.
Małżonka Cratchita, w ubogiej, dwa razy już nicowanej sukni, przystrojonej bardzo tanimi wstążkami, ale — jak na sześć pensów — wyglądającymi wcale ładnie, stała właśnie na środku pokoju i nakrywała stół. Belinda Cratchit, jej druga córka, pomagała jej, podczas gdy pan Piotr Cratchit wsuwał widelec do miski pełnej ziemniaków, a równocześnie wpychały mu się do ust rogi olbrzymiego kołnierzyka (prywatna własność Boba, który pożyczył ją swemu synowi i spadkobiercy na cześć dzisiejszego święta), napełniającego go dumą i chęcią pokazania się w tym wspaniałym stroju wśród rówieśników w parku.
Po chwili wbiegły dwie małe latorośle rodziny Cratchit, dziewczynka i chłopczyk, opowiadając głośno, że spoza drzwi piekarza doszedł ich zapach pieczonej gęsi i że wiedzą, iż ta gęś do nich należy. I w niewypowiedzianej radości tańczyły te rozbawione dzieciaki dokoła stołu, podnosząc pana Piotra Crachita pod niebiosa, podczas gdy on (wcale nie dumny, chociaż kołnierzyk prawie go dusił) dmuchał w ogień tak, że ziemniaki gotujące się w garnku pukały o pokrywę, jakby błagały, aby je wypuszczono i obrano z łupiny.
— Gdzie też ojciec tak długo siedzi? — odezwała się pani Cratchit. — I twój brat, Mały Tim? A Marta też zeszłorocznej wigilii przyszła o pół godziny wcześniej.
— Oto jest Marta, mateczko — odpowiedziało dziewczę, które w tej chwili właśnie weszło do pokoju.
— Bóg z tobą, drogie dziecię! Jakże późno przychodzisz! — rzekła pani Cratchit, obsypując córkę pocałunkami, a równocześnie zdejmując z niej szal i kapelusz.
— Miałyśmy wczoraj wieczorem wiele roboty — odparło dziewczę — na dziś musiałyśmy ją wykończyć, mamo.
— Wszystko już dobrze, skoro tu jesteś — rzekła pani Cratchit. — Usiądź przy kominku, drogie dziecię i ogrzej się.
— Nie, nie, ojciec idzie — odezwało się dwoje najmłodszych dzieci, które zawsze i wszędzie trzymały się razem — schowaj się Marto, schowaj się!
Marta ukryła się, a w tej chwili właśnie wkroczył do pokoju Bob, ojciec.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia