lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 59

— Czy być może?! — zawołał Scrooge uradowany — A więc biegnij i kup go.
— Pan sobie ze mnie żartuje… — wzruszył ramionami chłopiec.
— Ależ nie, wcale nie żartuję — zapewniał Scrooge — mówię najzupełniej serio. Idź, kup tego indyka i każ go przynieść tutaj, a ja wskażę, komu go należy doręczyć. Wróć tu ze służącym sklepowym, dostaniesz za to szylinga. Jeżeli się załatwisz prędzej i wrócisz za pół godziny, to dostaniesz całą koronę.
Chłopiec pomknął jak kula. Chcąc wypuścić strzałę z mniejszą o połowę szybkością, trzeba byłoby znaleźć łucznika z niezwykle silną ręką.
— Poślę tego indyka mojemu pomocnikowi — szeptał do siebie Scrooge, zacierając ręce i uśmiechając się wesoło. — Ręczę, że ani mu na myśl nie przyjdzie, kto mu go przysyła. Indyk jest co najmniej dwa razy tak duży, jak Mały Tim. Jestem pewien, że Bob nie będzie się gniewał za tę niespodziankę. To figiel, co się zowie!
Napisał adres niezupełnie pewną ręką, zszedł na dół otworzyć drzwi i czekać tam na indyka.
Gdy stał przed drzwiami, uwagę jego zwróciła kołatka.
— Poczciwa! Będę cię kochał, dopóki życia mi starczy… — zawołał, głaszcząc pieszczotliwie kołatkę dłonią. — Dziwna rzecz, żem nigdy przedtem nie zwrócił na nią uwagi. A jednak jak ona sympatycznie wygląda! Dobra, kochana kołatka. Lecz oto indyk, Hej, daj go tutaj! Jak się masz chłopcze! Życzę ci wesołych świąt.
Indyk był w samej rzeczy ogromny. Trudno było nawet przypuścić, żeby tak wielki i ciężki ptak mógł się utrzymać na własnych nogach. Chyba nie. Złamałyby się pod jego ciężarem jak dwie laski laku.
— Ale ty, przyjacielu — rzekł Scrooge — nie dodźwigasz go do Camden Town. Musisz wziąć fiakra.
Mówiąc to, odliczył należność za indyka i za fiakra, a śmiał się przy tym nieustannie. Wróciwszy na górę i usiadłszy w fotelu cały spocony i zadyszany, wciąż się śmiał jeszcze.
Niełatwo mu przyszło ogolić się, ponieważ ręce mu drżały, a wiadomo przecież, że ta czynność wymaga wielkiej uwagi nawet wtedy, kiedy się ją wykonuje podczas tańca. Ale gdyby nawet odciął sobie brzytwą kawałek nosa, to i wówczas nie straciłby dobrego humoru; zalepiłby rankę plasterkiem gumowym i nie myślałby więcej o niej.
Ogoliwszy się, przywdział najlepsze ubranie i wyszedł przejść się nieco.
Ludzie już wyroili się z domów i snuli się tłumnie, weseli, ożywieni, zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy odbywał wędrówkę po ulicach Londynu z Duchem Tegorocznego Bożego Narodzenia.
Z założonymi w tył rękoma Scrooge szedł z wolna, patrząc na wszystkich z wesołym uśmiechem. Miał tak sympatyczną minę, że trzech czy czterech jegomościów, już w dobrych humorach, zaczepiło go słowami:
— Dzień dobry, sir! Życzymy wesołych świąt!
Scrooge często potem zapewniał, że nigdy w życiu nie słyszał słów, które by równie przyjemnie brzmiały.
Przeszedłszy kilka kroków, spostrzegł idącego naprzeciw poważnego jegomościa, który odwiedził go wczoraj w kantorze, zapytując: „Firma Scrooge i Marley, jeżeli się nie mylę?”.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia