Mniejsza, jak się to stało, dość, że się znaleźli od razu w samym sercu Londynu, na giełdzie, wśród tłumu negocjantów, spiesznie snujących się tam i z powrotem, brzęczących pełnymi kieszeniami złota i srebra, zbierających się w niewielkie gromadki w celu narad lub układów. Wszyscy oni byli bardzo zajęci, to spoglądali na zegarki, to, zamyśleni, bawili się kosztownymi brelokami itp. Obraz ten Scrooge znał doskonale, widywał go bardzo często.
Duch zatrzymał się przy niewielkiej gromadce kapitalistów, a Scrooge, zauważywszy, że ręka jego właśnie tę gromadkę wskazuje, przybliżył się i usłyszał następującą rozmowę:
— Nie — mówił wysoki, bardzo tłusty jegomość, z wprost potwornym podbródkiem — wiem tylko tyle, że umarł.
— Kiedy? — zapytał inny.
— Podobno wczoraj w nocy.
— I jakiż powód? Co mu się stało? — zagadnął trzeci, racząc się obficie tabaką ze srebrnej tabakiery. — Ja sądziłem, że on już nigdy nie umrze.
— Bóg raczy wiedzieć, co mu było — odparł pierwszy, ziewając przeciągle.
— Ciekawa rzecz, co zrobił z pieniędzmi? — zapytał jegomość z silnie purpurową twarzą i naroślą tłuszczu na końcu nosa, przypominającą korale indyka.
— Nie wiem, doprawdy — odparł jegomość z potwornym podbródkiem. — Może zapisał swoim wspólnikom… To tylko wiem, że ja nie będę jego spadkobiercą.
Dowcip ten przyjęto wybuchem śmiechu.
— Zdaje mi się — ciągnął dalej jegomość z potwornym podbródkiem — że będzie miał marny pogrzeb. Jestem pewien, że przystrojenia kościoła i karety żałobne niedrogo będą kosztowały, bo nie znam nikogo, kto by chciał pójść za jego trumną. A gdybyśmy tak bez zaproszenia odprowadzili go do grobu?
— Jeżeli nam wyprawią porządną stypę, to ja nie mam nic przeciwko temu — wtrącił jegomość w okularach. — Za takie poświęcenie coś się przecież należy.
Gromadka znów się roześmiała.
— Jak widzę, to ja jestem najwięcej bezinteresowny — odezwał się jegomość z potwornym podbródkiem. — Nigdy nie chodzę na cmentarz i nie ubiegam się o stypy, ale jeżeli który z was wybierze się na ten pogrzeb, ja chętnie towarzyszyć mu będę. Prawdę mówiąc, poniekąd sympatyzowaliśmy z sobą, tj. ja z nieboszczykiem. Przy spotkaniu zawsze wymienialiśmy wzajem choć kilka słów. No, tymczasem do widzenia, moi panowie.
Gromadka rozeszła się i zniknęła w tłumie, a Scrooge, który poznał wszystkich rozmawiających, zwrócił oczy na Ducha, jak gdyby oczekując od niego wyjaśnienia tego, co usłyszał.
Zamiast odpowiedzi, Duch pomknął na ulicę i palcem wskazał dwóch rozmawiających jegomościów.
Scrooge znów nadstawił uszu w nadziei, że teraz zagadka się rozwiąże.
Dwóch jegomościów wskazanych przez Ducha znał również dobrze. Byli to bardzo bogaci i bardzo wpływowi giełdziarze. Scrooge usilnie starał się pozyskać ich zaufanie i szacunek, oczywiście w znaczeniu czysto giełdowym.
— Witam pana — mówił jeden z mich — jakże zdrowie?
— Niezgorzej — odparł zapytany — a pańskie?
— Wcale dobrze. A tego starego kutwę powołano nareszcie do obrachunku.
— Słyszałem o tym. Ale też nieznośne zimno dziś mamy…
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.