lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 55

Teraz wszyscy usiedli dokoła kominka i zaczęli gwarzyć serdecznie. Matka i córki wciąż przy tym pracowały. Bob z ożywieniem opowiadał o szczególnej życzliwości, jaką mu okazał siostrzeniec Scrooge'a, którego spotkał na ulicy. Widział go tylko raz jeden, i to przelotnie, tymczasem dziś, gdy się spotkali, siostrzeniec Scrooge'a przywitał go serdecznie, a zauważywszy, że Bob ma niezwykły wyraz twarzy, zapytał go, czy mu się nie przytrafiło co złego…
— Oczywiście — mówił Bob — nie mogłem ukryć tego przed nim. To taki miły, dobry człowiek. Czy uwierzysz, droga żono, że bardzo go to obeszło. Powiedział mi: „Szczerze panu współczuję, panie Cratchit i proszę oświadcz również moje serdeczne ubolewanie zacnej małżonce”. Nawiasem mówiąc, nie pojmuję: skąd on wie o tym?
— O czym, mój drogi?
— Żeś ty zacna i dobra kobieta.
— Wszyscy o tym wiedzą! — zawołał Piotr.
— Dobrze powiedziane, mój chłopcze — pochwalił go ojciec. — Mam nadzieję, że tak jest istotnie, a nawet jestem o tym przekonany. „Szczerze wam obojgu współczuję, moi państwo”, powtórzył siostrzeniec Scrooge'a i dając mi swój bilet, nadmienił: „Oto mój bilet. Może będę mógł panu być w czymkolwiek użyteczny, proszę zwróć się pan do mnie z całą otwartością”. Byłem wprost oczarowany, nie jego propozycją, nie myślą o tym, że może nam istotnie dopomóc, lecz jego uprzejmością. Wielce mnie tym ujął. Mógłby kto pomyśleć, że znał naszego Małego Tima i że żałuje go na równi z nami.
— Jestem pewna, że ma dobre serce — rzekła pani Cratchit.
— Upewniłabyś się jeszcze więcej, gdybyś go widziała i mówiła z nim tak, jak ja — podchwycił Bob. — Wcale bym się nie dziwił (uważajcie, co powiem!), gdyby Piotr przy jego poparciu otrzymał lepsze miejsce.
— Słyszysz, Piotrze? — rzekła pani Cratchit.
— A wtedy — zawołała jedna z dziewcząt — Piotr się ożeni i zamieszka u siebie!
— Co ty wygadujesz… — mruknął Piotr niby z oburzeniem, z oczu jednak jego znać było, że mu się ta myśl uśmiechała.
— Nie ma w tym nic nieprawdopodobnego — rzekł Bob — chociaż, mówiąc prawdę, masz jeszcze dosyć na to czasu, mój drogi. Lecz jeżeli kiedykolwiek przyjdzie nam się rozstać z sobą, jestem przekonany, że żaden z nas nie zapomni Małego Tima. Prawda, że wszyscy będziemy zawsze pamiętali to pierwsze rozstanie?
— Zawsze, ojcze! — odpowiedzieli wszyscy.
— Wiem o tym, moi drodzy — ciągnął Bob — jak również i o tym, że pamiętając, jak on był dobry, kochający, cierpliwy i łagodny, chociaż tak mały, tak maleńki, nigdy żadna waśń nie wyniknie wśród nas, gdyż inaczej nie moglibyśmy o nim pamiętać.
— Z pewnością, ojcze! — znów odpowiedzieli wszyscy.
— Dziękuję wam — rzekł Bob. — Jestem wśród was bardzo, bardzo szczęśliwy!
Pani Cratchit ucałowała go, potem ucałowały go starsze córki, z kolei dwoje najmłodszych dzieci uczyniło to samo, wreszcie Piotr uścisnął jego rękę.
Nad tą zacną rodziną unosił się jak błogosławieństwo Boże duch maleńkiego Tima.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia