lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 60

Scrooge doznał uczucia wstydu na myśl, że ten jegomość obrzuci go pogardliwym wzrokiem, lecz jednocześnie zrozumiał, jak powinien postąpić. Zbliżył się przeto do niego, chwycił za obie ręce i ściskając je, rzekł:
— Witam pana. Jakże zdrowie? Spodziewam się, że kwesta wczorajsza udała się pomyślnie? Nieprawdaż? Pański sposób myślenia jest wysoce szlachetny, zaszczyt panu przynosi. Życzę panu wesołych świąt.
— Pan Scrooge?
— Tak, to moje nazwisko. Niech mi będzie wolno usprawiedliwić się przed panem… Otóż czy bym nie mógł prosić pana…
Tu Scrooge coś mu szepnął do ucha.
— Czy ja dobrze usłyszałem? — zawołał tamten oszołomiony. — Drogi panie Scrooge, czy pan to mówi serio?
— Najzupełniej serio! Najzupełniej! — zapewniał Scrooge. — Ani pensa mniej. Nadmienię jeszcze, że płacę stary dług. Więc mogę się spodziewać?
— Ale, drogi panie — odpowiedział jegomość, serdecznie ściskając dłoń Scrooge'a — nie wiem doprawdy, jak mam panu dziękować za tak hojną ofia…
— Ani słowa o tym — przerwał Scrooge — bardzo pana proszę, niech to zostanie między nami. Zechce mnie pan tylko odwiedzić? Czy mogę na to liczyć?
— Ależ z całą pewnością! — zawołał skwapliwie poważny jegomość.
Nie ulegało wątpliwości, że ma szczery i niezłomny zamiar jak najrychlej złożyć wizytę Scrooge'owi.
— Dziękuję panu — rzekł Scrooge — nieskończenie jestem panu wdzięczny! Do miłego widzenia!
Wszedł do kościoła, potem przeszedł kilka ulic, uważnie obserwując spotykanych ludzi. Głaskał pieszczotliwie główki mijających go dzieci, wypytywał i obdarzał żebraków, zaglądał do suteren i w okna mieszkań parterowych. Wszystko mu się nadzwyczajnie podobało. Nigdy nie przypuszczał, żeby zwykła przechadzka mogła dostarczyć tyle przyjemności.
Po południu skierował się ku dzielnicy, w której mieszkał jego siostrzeniec.
Kilkanaście razy przeszedł przed domem, zanim odważył się wejść do sieni i zapukać do drzwi.
— Czy pan w domu, moje dziecko? — zapytał służącą, młodą i ładną dziewczynę.
— W domu, panie.
— Gdzie jest?
— W jadalni, razem z panią. Niech pan pozwoli, zaprowadzę.
— Dziękuję ci pięknie, dziecko, sam pójdę. Pan twój zna mnie dobrze.
To rzekłszy, Scrooge zbliżył się do jadalni, ostrożnie nacisnął klamkę i wsunął głowę przez uchylone drzwi.
W tej chwili właśnie odbywał się tam przegląd świątecznie zastawionego stołu. Małżonkowie dokonywali tej czynności bardzo skrupulatnie, jak przystoi na młodą parę, która jest zwykle na tym punkcie bardzo drażliwa i pragnęłaby pod tym względem stać ponad wszelką krytyką.
— Fred! — szepnął Scrooge.
Siostrzenica Scrooge'a drgnęła, jakby wstrząśnięta niewymownie przykrym uczuciem. Gdyby Scrooge był zauważył, że siedziała w wygodnym fortelu, ze stołeczkiem pod nogami, przypatrując się z całą uwagą nakryciu, nigdy nie ośmieliłby się jej zaniepokoić w ten sposób.
— Kto tam?— krzyknął Fred. — Któż, u Boga?
— To ja, twój wuj, Scrooge. Przychodzę zjeść z wami obiad. Czy mogę wejść?
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia