lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 53

Duch rozpostarł nad nim swój całun, jak gdyby skrzydła, po chwili zaś opuścił go i naraz Scrooge ujrzał jasny, słoneczny pokój, w którym znajdowała się matka z dziećmi.
Matka oczekiwała kogoś z wielkim niepokojem; chodziła od okna do okna, wzdrygała się przy najmniejszym szeleście, wyglądała na ulicę, spoglądała na zegar ścienny, próbowała na próżno zająć się robotą i widocznie z trudnością znosiła krzyki rozbawionych dzieci.
Wreszcie usłyszała tak dawno oczekiwane stuknięcie we drzwi.
Pobiegła, by je otworzyć.
Był to jej mąż, człowiek jeszcze młody, lecz już znużony i sterany ciężkim życiem. Twarz jego miała w tej chwili dziwny wyraz: malowała się na niej radość, której się widocznie wstydził i którą chciał ukryć.
Zasiedli do stołu, aby spożyć obiad przygrzewany na kominie, a wówczas żona zapytała nieśmiało:
— Jakież nowiny?
On milczał — wahał się z odpowiedzią.
— Dobre czy złe? — nagliła delikatnie żona.
— Złe — odparł.
— Więc jesteśmy ostatecznie zrujnowani?
— Nie, Karolino, jest jeszcze nadzieja.
— Zapewne w takim razie, jeżeli on zechce poczekać? — rzekła ona. — Ale byłby to cud prawdziwy, po nim czegoś podobnego spodziewać się nie można.
— On nie może już nic zrobić — zauważył mąż — on umarł.
Żona była dobrą, kochającą, zacną kobietą; dość było spojrzeć na nią, żeby nabrać tego przekonania; mimo to wiadomość udzielona przez męża przyniosła jej taką ulgę, że podziękowała za nią Bogu, chociaż zaraz ogarnął ją żal i wstyd, że się poddała samolubnemu uczuciu. W każdym razie pierwsze jej wrażenie było radosne.
— Więc — rzekła do męża — owa na pół pijana baba, o której wspomniałam ci wczoraj, powiedziała mi prawdę, kiedym usiłowała dostać się do niego, żeby wyprosić chociaż tydzień zwłoki. On istotnie umarł. A mnie się zdawało, że umyślnie skłamała, żeby mnie się pozbyć.
— Jak myślisz? — zapytał mąż. — Kto teraz przejmie nasz dług?
— Nie wiem. W każdym razie, zanim się ureguluje prawa spadku po nim, znajdziemy potrzebne pieniądze. A chociażbyśmy nawet ich nie znaleźli, to musiałaby nas prześladować szczególna fatalność, gdyby jego spadkobierca miał się okazać równie nieludzki jak on. Możemy zatem spać spokojnie.
Jakoż wielki ciężar spadł im z serca. Nawet twarzyczki dzieci przysłuchujących się rozmowie rodziców, której dokładnie nie rozumiały, zajaśniały radością. Śmierć tego człowieka wniosła odrobinę szczęścia do biednego domu. Jedynym wrażeniem dodatnim, jakie wywołał ów zgon, wrażeniem, które Duch pozwolił stwierdzić Scrooge'owi naocznie, była radość gnębionych przez nieboszczyka ludzi.
— Duchu — odezwał się Scrooge — pokaż mi śmierć ściśle związaną z miłością; inaczej ów pokój straszny, któryśmy niedawno opuścili, wciąż będzie gnębił myśl moją.
Duch powiódł go przez kilka dobrze mu znanych ulic. W drodze Scrooge pilnie oglądał się na wszystkie strony w nadziei, że zobaczy swą postać, ale daremnie.
Weszli do domu biednego Boba Cratchita, do tego samego mieszkania, które Scrooge odwiedził tak niedawno. Zastali tam matkę z dziećmi.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia