lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 49

W tej oto ohydnej dzielnicy znajdował się nędzny sklepik, w którym sprzedawano stare żelastwo, gałgany, stare butelki, kości, resztki wczorajszych marnych obiadów zebranych na brudnych talerzach. Na podłodze wewnątrz sklepu piętrzyły się gromady zardzewiałych kluczy, gwoździ, łańcuchów, zawiasów, pilników, talerzy wag, gwichtów — słowem: najprzeróżniejsze odpadki żelazne. Dziwne i zapewne straszne tajemnice, których zbadania nie każdy odważyłby się podjąć, ukrywały się pod stosami cuchnących łachmanów, odpadków tłuszczu i kości.
Przy piecu, w którym spalano szczątki zgniłego drzewa, skleconym niezdarnie z kawałków starych cegieł, siedział wśród swoich towarów siedemdziesięcioletni, białowłosy łotr. Od ulicznego chłodu zasłonił się firanką różnorodnych, przesiąkniętych tłuszczem gałganów, które rozwiesił na sznurku i rozkoszował się samotnością, paląc fajkę. Scrooge i Duch zjawili się przy nim w tej chwili właśnie, kiedy do sklepu weszła jakaś kobieta, dźwigając ciężki tłumok. Tuż za nią, także z tłumokiem, weszła druga, a za tą znów mężczyzna w czarnym, mocno spłowiałym ubraniu. Wszyscy troje niezmiernie się zdziwili, poznawszy się wzajem.
Przez chwilę panowało milczenie, wreszcie owa trójka wybuchnęła głośnym śmiechem.
— To dopiero zdarzenie! — zawołała kobieta, która najpierw przyszła. — Trzeba jednak utrzymać porządek. Niech posługaczka najpierw załatwi interes, potem praczka, a w końcu przedsiębiorca pogrzebowy. No, patrzajże Joe! Czy to nie rzecz szczególna? Zeszliśmy się tu, jak gdybyśmy się umówili. Nieprawda?
— W każdym razie nie mogliście wybrać lepszego miejsca na taką schadzkę — rzekł Joe, wyjmując z ust fajkę. — Chodźcież do salonu. Znamy się przecież wszyscy. Zaczekajcież, tylko drzwi zamknę. Do licha! Jakże one skrzypią… Sądzę, że w całym moim składzie nie można byłoby znaleźć równie zardzewiałych i skrzypiących zawiasów jak zawiasy tych drzwi, i równie starych kości jak moje właśnie. Tak, tak. Wszystko to jest dobrane, wszystko odpowiada swemu stanowisku i przeznaczeniu. Ale chodźcież do salonu.
Ów „salon” oddzielony był od sklepu rodzajem złachmanionego parawanu.
Stary przekupień poprawił płonący ogień kawałkiem żelaza, które niegdyś stanowiło część ozdobnej poręczy schodów, usunął kopeć z lampy — była bowiem wtedy noc — cybuchem swej fajki, którą następnie znów wsunął w usta.
Podczas gdy się tak krzątał, kobieta, która pierwsza weszła, rzuciła na podłogę swój tłumok, usiadła w pozie bardzo swobodnej na stołku i splótłszy dłonie na kolanie, spoglądała na dwójkę jej towarzyszy, jakby wzywając ich, żeby uczynili to samo.
— Więc cóż? Przecież wszystko w porządku, moja pani Wilber? — odezwała się po chwili. — Jestem zdania, że każdy człowiek powinien myśleć o sobie. On przez całe życie tym tyko się zajmował.
— Święta prawda! — odparła praczka. — Nikt na świecie nie dbał tak o siebie jak on. Nikt na świecie.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia