lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 5

Scrooge odpowiedział z ironią, że przyjdzie. Przyjdzie z pewnością — zaraz się zacznie wybierać. Nic nie ma lepszego do roboty. Siostrzeniec zrozumiał, że była to stanowcza odmowa. Zapytał więc łagodnie:
— Dlaczego odmawiasz, wuju? Dlaczego?
— A dlaczego ożeniłeś się?
— Ponieważ pokochałem.
— Ponieważ pokochałeś! — powtórzył Scrooge, przedrzeźniając go w ten sposób, jak gdyby miłość i małżeństwo były największym na świecie głupstwem po Bożym Narodzeniu. — Bywajże mi zdrów, drogi siostrzeńcze!
— Lecz ty, wuju, nigdy nie odwiedziłeś mnie nawet wówczas, zanim się to stało. Dlaczegóż więc przedstawiasz to obecnie za powód odmowy?
— Bądź zdrów! — powtórzył Scrooge.
— Niczego od ciebie nie potrzebuję i o nic cię nie proszę, dlaczegóż więc nie możemy być przyjaciółmi?
— Bądź zdrów! — mruknął Scrooge.
— Przykro mi bardzo, żeś taki twardy. Nigdy nie mieliśmy żadnej sprzeczki, do której ja dałbym powód. Trudno! Uczyniłem propozycję jedynie ze względu na Boże Narodzenie, a chociaż mi się ona nie udała, zachowam pogodne i radosne usposobienie. Zatem wesołych świąt, wuju!
— Bądź zdrów! — znów powtórzył Scrooge.
— I pomyślności z Nowym Rokiem!
— Bądźże zdrów i odczep się ode mnie! — zamruczał już groźnie Scrooge.
Siostrzeniec opuścił wuja spokojnie, bez wymówek. Przy drzwiach zatrzymał się, aby złożyć życzenia pomocnikowi, który, choć zmarznięty do kości, okazał się cieplejszy od swego pryncypała, gdyż odpowiedział na życzenia uprzejmie i serdecznie.
— Macie drugiego idiotę! — mruczał Scrooge, który słyszał wymianę życzeń. — Mój pomocnik, posiadający rodzinę i piętnaście szylingów tygodniowo na jej utrzymanie, mówi o „wesołych świętach”! Chyba wstąpić do szpitala wariatów!
Pomocnik, odprowadziwszy do drzwi siostrzeńca Scrooge'a, wpuścił jakichś dwóch jegomościów. Byli to poważni obywatele, o przyjemnej powierzchowności; zdjąwszy kapelusze, stanęli przy biurku Scrooge'a. Trzymając w rękach portfele i papiery, skłonili mu się uprzejmie.
— Firma Scrooge i Marley, jeżeli się nie mylę? — zapytał jeden z nich, zaglądając do swej listy. — Czy mam przyjemność mówić z panem Scrooge czy z panem Marleyem?
— Mister Marley umarł już siedem lat temu — odparł Scrooge. — Właśnie dziś w nocy upłynie siedem lat, jak Marley umarł.
— Nie wątpimy, że jego następca godnie reprezentuje jego szczodrobliwość — powiedział ten sam gość, przedstawiając swoje pełnomocnictwo do zbierania ofiar dla biednych.
Zaiste, nie mylił się, gdyż Scrooge i Marley były to dwie bliźniacze dusze. Słysząc niemiły wyraz „szczodrobliwość”, Scrooge zmarszczył brwi, potrząsnął głową i zwrócił dokumenty jałmużnikowi.
— Z okazji tak wielkiej uroczystości, panie Scrooge — mówił ów jegomość, nie zważając na to i ujmując pióro — ludzie zamożniejsi nie uchylają się od wsparcia nędzarzy i wydziedziczonych, którzy teraz właśnie, podczas silnych mrozów, na wielkie są narażeni cierpienia. Jest to zresztą prostym obowiązkiem zamożnych przychodzić z pomocą bliźnim pozbawionym możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych…
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia