lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 14

— Interes! — przerwał duch, załamując znów ręce. — I to właśnie było moim błędem, moim grzechem! Ludzkość powinna była być moim interesem; dobroczynność, litość, wyrozumiałość i łagodność powinny były być moim interesem. To przede wszystkim powinienem był mieć na względzie. Sprawy osobiste, sprawy mego handlu, wszelkiego rodzaju spekulacje: to wszystko należało uważać za rzecz drugorzędnego znaczenia, za znikomą kroplę w olbrzymim oceanie obowiązku dla dobra ludzkości.
Przy tych słowach, jak gdyby chcąc dosadniej wyrazić bezowocność swej spóźnionej skruchy i swoich wyrzekań, podniósł rękę z łańcuchem, jak mógł najwyżej, i z zamachem opuścił ją po chwili.
— W tej porze roku — podjął znowu — cierpię najbardziej. Dlaczegóż za życia szedłem przez tłumy swych bliźnich z oczyma zwróconymi w dół, wciąż zajęty własnymi tylko, marnymi sprawami, nie podnosząc nigdy wzroku ku niebiosom, gdzie błyszczy teraz ta błogosławiona gwiazda betlejemska, która wiodła Mędrców ze Wschodu do ubogiej stajenki? Czyż nie było dosyć ubogich domostw, do których byłaby mnie zawiodła?!
Scrooge był przerażony, słysząc Marleya przemawiającego w ten sposób.
— Słuchaj mnie — zawołał duch. — Czas mój prawie już upłynął.
— Owszem, słucham cię z uwagą — rzekł Scrooge. — Ale, Jakubie, nie bądź za srogi dla mnie! Nie bądź też, Jakubie, tak kwiecisty w mowie, powiedz krótko i węzłowato, o co ci chodzi?
— Jakim sposobem staję przed tobą w postaci widocznej, którą możesz rozpoznać, tego nie wolno mi powiedzieć. Wiedz, że zbliżałem się do ciebie niewidzialny często, bardzo często…
Wcale niemiła ta wiadomość sprowadziła na czoło Scrooge'a pot kroplisty.
— Zapewniam cię, że nie jest to lekka część mej kary — ciągnął duch. — Przyszedłem, aby cię ostrzec i zawiadomić, że możesz jeszcze uniknąć mego losu. Sposobność ku temu ja ci nastręczę, Ebenezerze.
— Ty byłeś zawsze moim dobrym przyjacielem — rzekł Scrooge. — Dziękuję ci, Jakubie!
— Odwiedzą cię — mówił dalej Marley — trzy duchy.
Twarz Scrooge'a z przerażenia stała się również blada jak bezcielesne oblicze widma.
— Czy to ma być sposobność i nadzieja, o których wspominałeś, Jakubie? — zapytał drżącym głosem.
— Tak.
— W takim razie, drogi Jakubie, może lepiej dać temu pokój — rzekł Scrooge. — Zdaje mi się… to jest… wolę skwitować ze wszystkiego.
— Bez tych odwiedzin — kończył duch — nie możesz uniknąć mego nieszczęsnego losu. Bądź gotów na przyjęcie pierwszych odwiedzin jutro, gdy zegar uderzy pierwszą po północy.
— Czy nie mogliby przyjść wszyscy ci goście razem, tak żebym się z nimi mógł prędzej załatwić? — szepnął Scrooge.
— Drugi zjawi się następnej nocy, o tej samej godzinie. Trzeci znów następnej nocy, gdy zegar wybije dwunastą. Nie spodziewaj się widzieć mnie więcej. Radzę ci, żebyś dla swego własnego dobra zapamiętał to wszystko, coś dzisiaj ode mnie usłyszał.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia