W pokoju panowała cisza. Zwykle swawolne maleństwa, braciszek i siostra, siedzieli teraz cichutko w kącie pokoju, nie spuszczając oczu z Piotra, schylonego nad otwartą księgą. Matka i starsza córka szyły.
„On zaś wziął dziecko i postawił wśród nich”.
Kto wypowiedział te słowa? Przecież to nie sen. Scrooge słyszał je wyraźnie. Widocznie Piotr je odczytał głośno w chwili, gdy Duch ze Scroogem przestąpili próg pokoju. Lecz dlaczego chłopiec przerwał tak nagle czytanie?
Matka położyła robotę na stole i zakryła twarz dłońmi.
— Oczy mnie bolą od koloru tej materii… — szepnęła.
Od koloru materii? O, biedny, maleńki Tim!…
— Już mi lepiej — rzekła po chwili. — Prawdopodobnie robota przy świetle męczy moje oczy, a ja nie życzę sobie, żeby ojciec to zauważył. On zapewne niedługo wróci. Powinien już być w domu.
— To prawda — potwierdził Piotr, zamykając księgę. — Czyś nie zauważyła, mamo, że ojciec teraz chodzi znacznie wolniej niż dawniej?
Zapanowała jakaś przykra, gnębiąca cisza. Wreszcie matka odezwała się spokojnie, ze swobodą, głosem, który raz tylko zadrżał:
— A ja pamiętam, jak chodził szybko, nawet bardzo szybko z… maleńkim Timem na plecach…
— I ja także — szepnął Piotr.
Wszyscy kolejno powtórzyli:
— I ja także.
— Bo przecież Tim nie był ciężki — rzekła matka, pochylając się nad robotą. — Przy tym ojciec go tak kochał, tak bardzo kochał, że nie czuł nawet jego ciężaru. Ale zdaje mi się, że ojciec wraca…
To rzekłszy, pani Cratchit szybko pobiegła na spotkanie męża.
Mały Bob wszedł do pokoju. Szyję miał owiniętą szalikiem wełnianym, a bardzo go ten biedak potrzebował. Herbata już się grzała dla niego i wszyscy starali się mu usłużyć. Dwoje najmłodszych dzieci wdrapało się na kolana ojca, przytuliło swoje twarzyczki do jego twarzy, jak gdyby chciały powiedzieć:
„Nie myśl już o tym, tatusiu! Nie martw się!…”
Bob wesoło bawił się z nimi, dla każdego zresztą miał dobre słowo. Spostrzegłszy rozłożoną na stole robotę, chwalił pilność i zręczność żony i córek.
— Ależ wy to skończycie przed niedzielą — zauważył. — Dzielne z was robotnice.
— Niedziela? — powtórzyła żona. — Więc tam dziś byłeś, Robercie?
— Tak, moja droga — odpowiedział Bob. — I bardzo żałowałem, żeś nie poszła ze mną. Ucieszyłabyś się, widząc, jak tam się wszystko zieleni. Ale przecież bywasz tam często, więc sama się przekonasz, jak tam pięknie. Co do mnie, przyrzekłem go odwiedzać w każdą niedzielę… Moje maleństwo! Moja droga, ukochana dziecina!
Przy tych słowach Bob się rozpłakał. Tak kochał Małego Tima, że na jego wspomnienie nie mógł się powstrzymać od łez.
Wstał i poszedł do pokoju na górze, oświetlonego i przyozdobionego zielenią jak na dzień wigilijny. Przy łóżeczku dziecka stało krzesełko i znać było, że niedawno jeszcze ktoś na mim siedział. Teraz Bob na nim usiadł i puścił wodze myślom bolesnym. Kiedy się uspokoił, ucałował łóżeczko, twarz jego przybrała wyraz spokojny człowieka pogodzonego z ciężkim ciosem. Westchnął raz jeszcze i wrócił na dół już w innym usposobieniu.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.