— Duchu — odezwał się Scrooge — coś mi mówi, że się chwila naszego rozstania zbliża. Czuję ją, chociaż nie wiem, jak to nastąpi. Powiedzże mi teraz, co to był za człowiek, któregośmy widzieli na śmiertelnym łożu?
Duch Przyszłych Wigilii poprowadził go w taki sam sposób, jak go prowadził do dzielnicy giełdowej. Lecz teraz posuwał się bardzo szybko, nie zatrzymując się nigdzie, jak gdyby pragnął jak najprędzej stanąć u celu podróży. Ten pośpiech niepokoił Scrooge'a. Zaczął prosić Ducha, ażeby się chociaż na chwilę zatrzymał.
— Na tej ulicy — rzekł — przez którą tak błyskawicznie pędzimy, znajduje się mój kantor. W tej dzielnicy ogniskują się wszystkie moje interesy. Oto widzę już dom, w którym się mój kantor mieści. Pozwól mi zobaczyć, co się tam będzie działo w przyszłości.
Duch zatrzymał się, lecz wskazywał ręką w inną stronę.
— Przecież mój dom jest tutaj? — zauważył Scrooge. — Dlaczego wskazujesz inne miejsce i chcesz mnie tam prowadzić?
Nieubłagany Duch wciąż trzymał wyciągniętą wskazująco rękę w innym kierunku.
Scrooge pobiegł do okna swego kantoru i zaczął się chciwie rozpatrywać w jego wnętrzu. Lokal i teraz był zajęty przez kantor, ale już nie jego. Umeblowanie się zmieniło i ktoś nieznany siedział na miejscu szefa. A ręka Ducha nie zmieniała kierunku.
Scrooge wrócił do Ducha i udał się posłusznie za nim, starając się rozwiązać w myśli pytanie: dlaczego nie zobaczył siebie w kantorze i co się z nim stać mogło?
Nagle zatrzymali się przed żelaznymi sztachetami, wśród których znajdowała się wielka brama. Przed wejściem poza bramę Scrooge uważnie przyjrzał się miejscu.
Był to cmentarz.
Tu, pod ziemią, w głębokości kilku łokci leżał ten człowiek nieszczęsny, którego nazwisko miał niebawem poznać.
Cmentarz otaczało nieskończone mnóstwo ścian domów, a całą jego przestrzeń zarastały trawy i chwasty — rośliny śmierci, a nie życia — które gniły wskutek zbyt obfitego pokarmu.
Duch, stojąc wśród mogił, wskazywał na jedną z nich.
Scrooge, drżąc cały, zbliżył się do niej.
Duch pozornie wcale się nie zmienił, lecz Scrooge'owi zdawało się, iż w jego ponurej, majestatycznej postaci spostrzega coś nowego, co go do głębi poruszało…
— Zanim zbliżę się do grobowca, który mi wskazujesz — rzekł — odpowiedz mi na jedno, jedyne pytanie. Chcę mianowicie wiedzieć, czy to, co widzę, jest obrazem tego, co musi się spełnić, czy też tego, co może nastąpić?
Zamiast odpowiedzi, Duch dotknął ręką mogiły, przy której stali.
— Zapewne — mówił Scrooge dalej — człowiek w życiu musi dążyć tą drogą, jaką sam obrał i dojść do pewnych właściwych rezultatów. Ale jeżeli człowiek opuści dawną swoją drogę i zwróci się na inną, to przecież w końcu osiągnie inny rezultat? Powiedz, czy takie znaczenie mają obrazy, jakie mi ukazałeś?
Duch wciąż stał nieruchomy, wskazując grobowiec.
Scrooge, drżąc całym ciałem ze strachu, niemal pełznąc, przysunął się do grobowca i przeczytał na nim swoje własne nazwisko:
*Ebenezer Scrooge*
— Więc to samego siebie widziałem?! — zawołał, padając na kolana.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.