lektury on-line

Kategorie

Opowieść wigilijna - Charles Dickens - Strona 18

Zapewne Scrooge nie byłby w stanie powiedzieć, gdyby go kto o to zapytał, dlaczego zapragnął widzieć Ducha w osobliwej czapce na głowie. Ale faktem jest, że powstało w nim to życzenie, i to w tak natarczywym stopniu, że nie mógł się pohamować i poprosił Ducha o nakrycie głowy.
— Co?! — zawołał Duch. — Chcesz występnymi swymi rękoma jak najprędzej zagasić dobroczynne światło, które ci przynoszę? Czy mało ci jeszcze, że jesteś jednym z tych, których namiętności złożyły się na utworzenie tej czapki i skazały mnie na noszenie jej przez całe wieki, głęboko naciśniętej na uszy?
Scrooge pokornie wyparł się wszelkiej intencji obrażenia Ducha i zapewnił, że nigdy w życiu świadomie się nie przyczynił do skazania go na taką nieprzyjemność. W końcu odważył się zapytać gościa, co go właściwie sprowadza.
— Twoje dobro! — odparł Duch.
Scrooge wyraził serdeczne podziękowanie, lecz jednocześnie pomyślał, że spokojny, niczym niezamącony sen prowadziłby właściwiej do tego celu.
Duch musiał odgadnąć jego myśli, gdyż odezwał się zaraz:
— Ściślej mówiąc, sprowadza mnie tu pragnienie twojej poprawy. Jeżeli ci się to nie podoba, biada ci!
Rzekłszy to, wyciągnął swą dłoń muskularną i dotknął jego ramienia, dodając:
— Wstań i pójdź ze mną!
Scrooge chciał perswadować, że nie jest ubrany, że ma katar, że w takim stanie lepiej jest pozostawać w ciepłym łóżku niż spacerować po nocy, do tego wśród takiego czasu; ale Duch nie pozwolił mu dojść do słowa, wziął go za rękę i pociągnął za sobą. Dotknięcie Ducha, chociaż tak delikatne jak wytwornej damy, nie dopuszczało oporu. Scrooge tedy wstał, lecz widząc, że Duch prowadzi go ku oknu, schwycił go za tunikę, wołając błagalnie:
— O, Duchu łaskawy! Ja przecież jestem zwykłym śmiertelnikiem, więc bardzo łatwo mogę upaść…
— Dotknę cię moją ręką ot tutaj — rzekł Duch, kładąc rękę na sercu Scrooge'a — a dotknięcie to sprawi, że wytrzymasz cięższe jeszcze próby.
Podczas tej uwagi Ducha, przeszli przez ścianę domu i znaleźli się daleko za miastem, na otwartej drodze wiejskiej, z polami po obydwu stronach. Miasto zniknęło zupełnie, nigdzie ani śladu zabudowań. Ciemność i mgła znikły razem z miastem, jaśniał teraz mroźny, lecz pogodny dzień zimowy: Ziemię pokrywał całun śniegu.
— Sprawiedliwe nieba! — zawołał Scrooge, rozglądając się dokoła i uderzając w ręce. — Przecież to moja wioska rodzinna… Wychowałem się tutaj, bawiłem się z rówieśnikami… Tak, tu spędziłem lata chłopięce…
Duch spoglądał na niego z łagodnym uśmiechem. Lekkie jego, przelotne dotknięcie obudziło uczucia starego Scrooge'a, który teraz chciwie wdychał balsamiczne wonie unoszące się w powietrzu, a każda wskrzeszała w nim tysiące wspomnień, nadziei, radości i trosk — dawno, dawno, zapomnianych…
— Twe usta drżą — odezwał się Duch. — A co tam błyszczy na twoim policzku?
— Nic! Nic! — wykrztusił wzruszony Scrooge. — Zapewniam cię, że wcale nie czuję obawy. Prowadź mnie, dokąd chcesz!
— Poznajesz tę drogę? — zapytał Duch.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: nieznany.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia