Jedno chrapanie ustało. Joe wstał, potoczył dokoła zaspanym wzrokiem, skrzywił się pogardliwie na widok towarzysza, śpiącego z głową na kolanach, trącił go nogą i powiedział:
— Hej, ty! Dobry z ciebie wartownik! Całe szczęście, że nic się nie stało!
— Do kata! Naprawdę spałem?
— Owszem. Ale teraz pora w drogę. Co robimy z resztą forsy?
— Nie wiem. Najlepiej zostawić ją tutaj, tak jak zawsze. Nie ma sensu włóczyć się z tym, dopóki nie wyniesiemy się całkiem na południe. Sześćset pięćdziesiąt sztuk srebra, jest co dźwigać.
— No, dobra. W takim razie trzeba będzie przyjść tutaj jeszcze raz.
— Najlepiej w nocy, tak będzie bezpieczniej.
— Dobrze. Wiesz co? Nie wiadomo, ile czasu upłynie, zanim nadejdzie odpowiednia chwila do wykonania naszego planu, a to nie jest najlepsze miejsce na przechowywanie pieniędzy. Tym razem trzeba je zakopać, i to dosyć głęboko.
— Racja! — odparł kompan Joego.
Podszedł do komina, klęknął, wyjął cegłę z drugiej strony paleniska i wydobył woreczek, który zabrzęczał dźwięcznie. Wyjął z niego trzydzieści czy czterdzieści dolarów dla siebie, tyle samo dla Indianina i oddał mu woreczek. Joe klęknął w progu i zaczął grzebać w ziemi swoim potężnym nożem.
Chłopcy w jednej chwili zapomnieli o strachu i swoim fatalnym położeniu. Z błyszczącymi oczami śledzili każdy ruch Indianina. Co za nieprawdopodobne szczęście! Jego ogrom przechodził ich najśmielsze marzenia! Sześćset dolarów to była suma, która sześciu chłopców mogła zamienić w prawdziwych bogaczy! Co za piękne widoki dla poszukiwaczy skarbów! Już nie trzeba szukać miejsca do kopania! Raz po raz trącali się łokciami w niemym porozumieniu: „Czy teraz nie cieszysz się, że jesteś tutaj?”
Nóż Joego uderzył w coś twardego.
— Ejże! — zawołał.
— Co takiego? — zapytał jego kompan.
— Jakaś stara deska… Nie, to chyba skrzynia… Chodź no tutaj, pomożesz mi to wyjąć. Zobaczymy, co tam jest. Zaraz, czekaj… niechcący wybiłem dziurę w tej skrzyni…
Sięgnął ręką.
— Chłopie! To pieniądze!
Obaj z uwagą oglądali garść wydobytych monet. Były złote. Chłopcy na górze byli nie mniej przejęci i zachwyceni niż bandyci na dole.
Kompan Joego odezwał się pierwszy:
— Z tym poradzimy sobie szybko. Za piecem leży jakaś stara łopata. Przed chwilą ją tam widziałem.
Skoczył i przyniósł porzucone narzędzia chłopców. Joe wziął łopatę, obejrzał ją uważnie, pokręcił głową, mruknął coś do siebie i zabrał się do roboty.
Wkrótce skrzynia była na wierzchu. Niezbyt wielka, okuta żelazem — musiała być kiedyś bardzo mocna, zanim czas ją nadwątlił. Przez chwilę oglądali skarb w niemym zachwycie.
— Człowieku, tu są grube tysiące! — powiedział pół-Indianin.
— Podobno banda Murrela grasowała tu kiedyś przez jedno lato — zauważył jego kompan.
— Wiem o tym — odparł Joe. — Zdaje się, że to ich robota.
— Teraz nie musisz już zawracać sobie głowy tamtą sprawą.
Mieszaniec zmarszczył brwi.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.