lektury on-line

Kategorie

Przygody Tomka Sawyera - Mark Twain - Strona 62

Chyłkiem przebiegł puste uliczki i dotarł na tył podwórka ciotki Polly. Przelazł przez parkan, podkradł się pod ścianę domu i ostrożnie zajrzał przez okno do pokoju, w którym paliło się światło. Siedzieli tam, pogrążeni w cichej rozmowie, ciotka Polly, Sid, Mary i matka Joego Harpera. Tomek po cichutku podszedł do drzwi i delikatnie nacisnął klamkę. Drzwi leciutko skrzypnęły. Pchał ostrożnie dalej, drżąc ze strachu za każdym skrzypnięciem. Wreszcie uznał, że zdoła się na kolanach przecisnąć przez szparę, wetknął więc głowę do środka i jak najciszej zaczął posuwać się naprzód…
— Dlaczego ta świeca tak mruga? — zapytała naraz ciotka.
Tomek nie tracił czasu i błyskawicznie smyrgnął pod stojące tuż przy drzwiach łóżko.
— Co to? Drzwi się same otworzyły? Rzeczywiście. To jakiś dziwny znak. Sid, idź zamknij.
Tomek zniknął pod łóżkiem w samą porę. Poleżał chwilę, by uspokoić oddech, a potem przyczołgał się do ciotki tak blisko, że mógł ją chwycić za nogę.
— Ale jak już mówiłam — podjęła ciotka przerwany wątek — on wcale nie był zły, tylko straszny rozrabiaka i pędziwiatr. Rozbrykany jak młody źrebak. Ale nie było w nim ani odrobiny złości, a serce miał po prostu złote… można by szukać na całym świecie drugiego takiego… — tu ciotka rozpłakała się na dobre.
— Tak samo mój Joe: głowa pełna psich figlów, do każdej psoty pierwszy, ale taki poczciwy i dobry, że dla drugiego ostatnią koszulę by z siebie ściągnął. A ja, Boże odpuść mi, zbiłam go za tę śmietanę; na śmierć zapomniałam, że sama ją wylałam, bo skwaśniała. I nigdy go już nie zobaczę, mojego biednego, skrzywdzonego chłopca, nigdy, nigdy! — i pani Harper rozszlochała się, jakby serce jej miało pęknąć.
— Myślę, że Tomkowi jest lepiej tam, gdzie jest teraz — wtrącił Sid — a gdyby przedtem był grzeczniejszym chłopcem…
— Sid! — Tomek poczuł surowe, karcące spojrzenie ciotki, choć go nie widział. — Ani słowa nie dam na niego powiedzieć, teraz, kiedy go utraciliśmy! Bóg weźmie go już w swoją opiekę, nie martw się o to, mój drogi! Och, droga pani Harper, nie potrafię się pogodzić z tą stratą, nie wiem, jak ja to przeżyję! To był kochany chłopak, choć nieraz porządnie mi dokuczył.
— Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Jego będzie pochwalone! Ale ciężko się z tym pogodzić, bardzo ciężko! Jeszcze w sobotę Joe strzelił mi petardą pod samym nosem, za co tak oberwał, że aż się przewrócił. Nawet nie przeczuwałam wtedy, że tak szybko… Och, gdyby czas mógł się cofnąć, przycisnęłabym go do serca i wycałowała.
— Tak, tak, kochana pani Harper, ja to bardzo dobrze rozumiem, bardzo dobrze. Nie dalej jak wczoraj w południe nakarmił kota „mordercą cierpień”. Myślałam, że biedne zwierzę rozniesie cały dom i, Boże przebacz mi, wytłukłam naparstkiem głowę mojego biednego, świętej pamięci, chłopca. Teraz jest już wolny od wszystkich cierpień. Ale ostatnie słowa, jakie od niego usłyszałam, były wyrzutem…
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia