— Spróbujemy, Tomku. Ale wiesz, taką cudowną krainę widziałam we śnie… Może tam właśnie teraz pójdziemy…
— Jeszcze nie. Na to zawsze mamy czas. No, Becky, głowa do góry! Idziemy!
Wstali, wzięli się za ręce i szli, ale nie mieli zbyt wielkiej nadziei. Próbowali obliczyć, jak długo już są w pieczarach. Zdawało im się, że całe tygodnie, choć wiedzieli że to nieprawda, bo świece ciągle się jeszcze nie wypaliły.
Po upływie długiego, trudnego do określenia czasu, Tomek powiedział, że trzeba znaleźć jakieś źródło, więc muszą iść bardzo cicho, żeby usłyszeć plusk wody. Znaleźli je i Tomek zarządził chwilę odpoczynku. Oboje byli śmiertelnie znużeni, ale Becky oświadczyła, że mogłaby iść jeszcze trochę dalej. Zdziwiła się, że Tomek nie zgodził się na to. Nic nie rozumiała. Usiedli. Tomek gliną przylepił świecę do ściany. Milczeli zamyśleni. Wreszcie odezwała się Becky:
— Jestem strasznie głodna!
Tomek wydobył coś z kieszeni.
— Pamiętasz? — zapytał.
Becky prawie się uśmiechnęła.
— To nasz placek weselny, Tomku.
— Tak, chciałbym, żeby był wielki jak koło młyńskie. Nie mamy nic więcej.
— Specjalnie schowałam go dla nas na wycieczce, żebyśmy mogli podzielić się nim tak jak dorośli dzielą się prawdziwym tortem weselnym. Tymczasem będzie to dla nas…
Urwała w połowie. Tomek podzielił placek. Becky z wielkim apetytem zjadła swoją część, podczas gdy Tomek swoją właściwie tylko obwąchał. Wody ze źródła było pod dostatkiem, więc mogli pić ile chcieli. Nareszcie Becky zaproponowała, by ruszyć w dalszą drogę. Tomek milczał przez chwilę, wreszcie powiedział:
— Becky, czy masz dość siły, żeby wysłuchać tego, co ci powiem?
Becky zbladła, ale odrzekła, że chyba wytrzyma.
— Widzisz, Becky, musimy zostać tu, gdzie mamy wodę. Ten ogarek to ostatnia resztka światła.
Dziewczynka rozpłakała się żałośnie. Tomek robił, co mógł, aby ją pocieszyć, ale niewiele zdziałał. Wreszcie Becky odezwała się:
— Tomku!
— Co, Becky?
— Oni przecież zauważą, że nas nie ma i będą nas szukać.
— Oczywiście, że tak! Na pewno!
— Może już szukają?
— Chyba tak. Bardzo możliwe.
— A kiedy mogli zauważyć, że nas nie ma?
— Pewnie jak wrócili na statek…
— Wtedy było ciemno… Wiesz, Tomek, mogli nic nie zauważyć…
— Nie wiem. W każdym razie twoja mama zaraz się zorientuje, jak tylko wycieczka wróci do domu.
Przerażone spojrzenie Becky uprzytomniło mu, co powiedział. Przecież Becky miała nie wracać na noc do domu!
Umilkli i pogrążyli się w milczącej zadumie. Nowy wybuch rozpaczy Becky uświadomił Tomkowi, że myśleli o tym samym: pani Thatcher dopiero w niedzielę około południa mogła dowiedzieć się, że Becky nie nocowała u pani Harper.
Dzieci utkwiły wzrok w resztce świecy i śledziły jak gasła powoli i bezlitośnie. Widziały, jak pozostał już tylko sam knot, maleńki koniuszek; widziały, jak słaby płomyczek podnosił się i opadał, aż puścił w górę ostatnią cieniutką stróżkę dymu — i wkoło zaległa straszliwa, nieprzenikniona ciemność.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.