I tak dalej, i tak dalej. Już podczas czytania po sali przebiegały szmery uznania i aprobaty, którym towarzyszyły ściszone okrzyki: „Ach, jakie to cudowne!”, „Ach, jakie to wymowne!”, „Ach, jakie to prawdziwe!” itd. Kiedy zaś nadeszło zakończenie przyprawione szczególnie wstrząsającym morałem, zagrzmiały entuzjastyczne oklaski.
Potem podniosła się smukła dziewczyna, której melancholijna twarz odznaczała się „interesującą bladością”, co niewątpliwie miało swe źródło w pigułkach i kłopotach z trawieniem. Odczytała „poemat”. Może wystarczy następująca próbka:
Dziewczę z Missouri żegna Alabamę
Żegnaj, Alabamo ukochana, żegnaj mi!
Odchodzę dziś w dalekie strony tęskne pędzić dni!
Rozpacz wzbiera w sercu moim, ból rozsadza skronie,
Gdy cię wspomnę, Alabamo, serce we mnie płonie.
Znają mnie, ach, Twoje lasy, ich wiosenny czar,
I już widział mnie marzącą Tallapuzy jar,
Siadywałam nad jeziorem w kalinowym wianku,
Podziwiałam blask Aurory jaśniejącej o poranku.
Nie, nie wstydzę się, że z duszy rwie się rzewny szloch,
Nie rumienię się, że z oczu płyną łzy jak groch,
Bo nie obcy kraj opuszczam, idąc w szarą dal,
Bo mi żal jest szczęścia mego, bo mi domu żal!
Ach, nie obcy kraj wyciska z mych piersi westchnienie,
Ach, zostawiam Twoje miasta, ogrody i cienie!
Alabamo! Kiedy Parki przetną moją nić,
Nawet wówczas ja o Tobie tylko będę śnić!
Niewielu było takich, którzy wiedzieli coś o Aurorze i Parkach, ale wszyscy uznali „groch łez” za bardzo poetyczny i poemat ogromnie się im podobał.
Następnie pojawiła się na estradzie smagła, czarnooka i czarnowłosa panna. Zrobiła efektowną pauzę, przybrała tragiczny wyraz twarzy i zaczęła czytać miarowym, uroczystym głosem:
Wizja
Była to ciemna i burzliwa noc. Na wysokim sklepieniu niebieskim nie migotała ani jedna gwiazda. Głuche odgłosy huczących grzmotów bezustannie drżały w uszach, a straszne błyskawice gniewnie rozjaśniały mrok i zdawały się szydzić z naszego sławnego Franklina, który chciał je ujarzmić. Porywiste wichry opuściły swoje tajemnicze przybytki i szalały wokół, jakby swoim dzikim udziałem chciały spotęgować grozę widowiska. W taką godzinę, tak ciemną i przerażającą, cała moja dusza wzdychała do ludzkiego współczucia.
Gdy wtem:
Stanęła przy mym boku gwiazda-powierniczka,
Radość, szczęście, pociecha, duszy mej siostrzyczka!
Spłynęła jak jedna z owych świetlanych postaci, które w wyobraźni romantycznej młodzieży przebywają w słonecznych ogrodach Edenu, królowa piękności, nie potrzebująca ozdób, bo okryta szatą swej nieziemskiej urody i czaru. Stąpała lekko i bezszelestnie. Gdyby nie jakieś tajemnicze drżenie, którym mnie przejęło jej uduchowione dotknięcie, przeszłaby koło mnie niepostrzeżenie, zwiewna i ulotna, jak wszystko, co piękne i nieuchwytne. Dziwny smutek zdobił jej oblicze, niczym lodowe łzy na szacie Grudnia, gdy wskazała mi walczące żywioły i powiedziała, bym przyjrzała się dwóm istotom…”
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.