— Wiem, o co chodzi — powiedział. — Poszedłeś pod numer drugi i nic nie znalazłeś, oprócz wódki. Wprawdzie nikt mi nie powiedział, że to byłeś ty, ale od razu zrozumiałem, że ta heca z wódką to twoje odkrycie. I domyśliłem się, że nie znalazłeś tam skarbu, bo inaczej na pewno dałbyś mi jakoś znać. Wiesz, Tomek, coś mi mówi, że te pieniądze przepadły na zawsze.
— Co ty mówisz, Huck! Ja nie miałem nic wspólnego z tą gospodą! Przecież w sobotę, kiedy pojechałem na wycieczkę, gospoda była jeszcze otwarta; wiesz o tym, bo sam miałeś stać pod nią na warcie.
— Co? Rzeczywiście! Boże, zdaje mi się, że już cały rok upłynął od tego czasu. Ale masz rację, to było tej samej nocy, kiedy szedłem za pół-Indianinem do domu wdowy…
— To ty szedłeś za nim?
— Tak, ale o tym nikomu ani słowa! Joe na pewno miał jakichś przyjaciół, a ja nie mam najmniejszej ochoty, żeby przyszli tutaj mścić się na mnie. Przecież gdyby nie ja, facet siedziałby sobie teraz w Teksasie i gwizdał na wszystkich.
I Huck w zaufaniu opowiedział Tomkowi całą swoją przygodę.
— W każdym razie — powiedział Huck, wracając do głównej sprawy — ten, kto świsnął spod numeru drugiego wódkę, zgarnął i pieniądze. Teraz możemy zapomnieć o skarbie.
— Coś ci powiem, Huck. Tych pieniędzy nigdy nie było pod numerem drugim…
— Co takiego? — Huck wpatrywał się badawczo w twarz Tomka. — Wpadłeś na jakiś ślad?!
— Huck, one są w pieczarach!!
Huckowi zaświeciły się oczy.
— Powtórz to jeszcze raz, Tomku!
— Pieniądze są w pieczarach!
— Tomek, daj słowo honoru, że mówisz poważnie.
— Słowo honoru, że mówię poważnie. Pójdziesz ze mną, żeby pomóc mi je wyciągnąć?
— No jasne!! To znaczy… jeśli będziemy mogli oświecić sobie tam drogę i w ogóle… mieć pewność, że nie zabłądzimy.
— Spokojna głowa! Zrobimy to bez najmniejszego ryzyka.
— Niech ja skisnę! Ale skąd wiesz, że pieniądze…
— Nic się nie martw, Huck. Wszystko sam zobaczysz i zrozumiesz, jak już tam będziemy. Jeśli nie znajdziemy skarbu, oddam ci mój bęben i w ogóle wszystko, co mam. Słowo pirata!
— W porządku. Więc kiedy?
— Zaraz!! Oczywiście, jeśli masz na tyle sił po chorobie.
— A czy to daleko od wejścia? Dopiero trzy, cztery dni chodzę po podwórku i dalej niż kilometr nie dam rady iść. Nogi by mi wysiadły.
— Zwykłą drogą to jest ponad pięć kilometrów, ale ja znam inną… znacznie krótszą. Nikt inny nie ma o niej nawet zielonego pojęcia. Popłyniemy tam łódką. W dół popłynie sama z prądem, a z powrotem ja będę wiosłował. Huck, nie będziesz musiał nawet palcem kiwnąć!
— No to chodźmy! Szybko!
— Dobra. Ale najpierw musimy zabrać parę rzeczy: chleb, mięso, nasze fajki, jeden lub dwa woreczki, parę sznurków od latawców i trochę zapałek. Żebyś wiedział, jak bardzo wtedy żałowałem, że nie miałem ich ze sobą…
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.