lektury on-line

Kategorie

Przygody Tomka Sawyera - Mark Twain - Strona 40

— Cicho! Może nam nic nie zrobią. W końcu my też nie zrobiliśmy im nic złego! Zresztą siedźmy cichutko, to może w ogóle nas nie zauważą.
— Dobra, siedźmy cichutko. Boże, Tomek, cały się trzęsę!
— Słyszysz?
Chłopcy pochylili się ku sobie i ledwie śmieli oddychać. Z drugiej strony cmentarza dolatywały jakieś przytłumione głosy.
— Patrz, widzisz? — szepnął Tomek. — Co to?
— To ognie diabelskie! Tomek, to straszne!
Kilka niewyraźnych postaci zbliżało się do nich w ciemności, kołysząc starą blaszaną latarnią. Huck wyszeptał z przerażeniem:
— To diabły!! Na pewno! Trzy! Boże! Tomku, już po nas! Módl się!
— Spróbuję, ale one przecież nie przychodzą po nas… Aniele Boży, stróżu mój…
— Pssst!
— Huck, co to?
— To ludzie! A przynajmniej jeden z nich jest człowiekiem. Poznaję głos starego Muffa Pottera.
— Serio?!
— Przysięgam! Tylko nie ruszaj się! Ten nas na pewno nie zobaczy. Jest zupełnie pijany, zresztą jak zwykle.
— Ciiicho! Stanęli. Szukają czegoś. Nie mogą znaleźć. Znowu idą. Rany, idą prosto na nas! Wiesz co, Huck, ja znam głos tego drugiego: to pół-Indianin Joe.
— Tak, to ten przeklęty mieszaniec! Wolałbym już zobaczyć diabła. Czego oni tu chcą?
Szepty zamilkły, bo trójka doszła do grobu i zatrzymała się w odległości zaledwie kilku metrów od kryjówki chłopców.
— To tutaj — powiedział trzeci głos. Właściciel głosu podniósł wyżej latarnię i w jej świetle chłopcy ujrzeli twarz młodego doktora Robinsona.
Potter i pół-Indianin Joe nieśli mary, a na nich kilka łopat i sznur. Rzucili to wszystko na ziemię i zabrali się do rozkopywania grobu. Doktor postawił latarnię przy grobie i usiadł pod wiązami. Był od chłopców na wyciągnięcie ręki.
— Ludzie, prędzej! — odezwał się cichym głosem. — Lada chwila może wzejść księżyc.
Tamci dwaj odburknęli coś i kopali dalej. Przez pewien czas słychać było tylko jednostajne skrzypienie łopat i szelest wyrzucanej ziemi i żwiru.
Wreszcie trumna, uderzona łopatą, wydała głuchy, drewniany odgłos. W chwilę potem wydobyli ją na wierzch. Podważyli łopatami wieko, wyciągnęli trupa i bez ceremonii rzucili go na ziemię. Księżyc wyszedł zza chmur i oświetlił siną twarz zmarłego. Ustawili nosze, ułożyli na nich zwłoki, nakryli je płachtą i przywiązali sznurem. Potter wyciągnął duży nóż sprężynowy i uciął kawałek zwisającego sznura.
— Zrobione — powiedział. — Ma pan swoje kości do piłowania. A teraz wyciągnij no pan jeszcze piątkę, bo inaczej go tu zostawimy.
— Dobrze powiedziane! — dodał pół-Indianin.
— Jak to? Co to znaczy? — zdenerwował się doktor. — Przecież żądaliście zapłaty z góry i otrzymaliście ją!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia