lektury on-line

Kategorie

Przygody Tomka Sawyera - Mark Twain - Strona 110

Huck wiedział, że teraz zapadnie cisza sto razy straszniejsza, niż rozmowa morderców. Wstrzymał więc oddech i począł się ostrożnie cofać. Powoli podniósł jedną nogę i balansując na drugiej, jak najciszej zrobił krok w tył. Omal się przy tym nie przewrócił. Z taką samą precyzją zrobił drugi i trzeci krok. Potem czwarty i piąty. Wtem gałąź trzasnęła mu pod nogami! Zaparło mu oddech. Nasłuchiwał z napięciem, ale wokoło panowała głęboka cisza. Poczuł bezgraniczną wdzięczność do losu. Kiedy znalazł się na ścieżce pomiędzy zaroślami, obrócił się z zachowaniem wszelkich środków ostrożności i nieco przyśpieszył kroku. W pobliżu kamieniołomu poczuł się już bezpieczny i ruszył całym pędem. Biegł co sił w nogach, aż dotarł do domu starego Walijczyka. Zaczął dobijać się do drzwi. W oknach ukazały się trzy głowy: ojca i dwóch synów, wielkich jak dęby.
— Co to za hałasy? Kto tam tak tłucze w drzwi? O co chodzi?
— Proszę mnie wpuścić, prędko! Muszę panu coś powiedzieć!
— Kim jesteś?
— Huckleberry Finn… Prędko, proszę mnie wpuścić!
— Huckleberry Finn? Coś takiego! Nie jest to nazwisko, przed którym chętnie otwiera się drzwi… Ale wpuście go chłopcy. Zobaczymy, o co chodzi.
— Tylko proszę nikomu nie mówić, że to ja wam powiedziałem o wszystkim — to były pierwsze słowa Hucka, gdy go wpuszczono do domu. — Proszę nic nie mówić, bo wtedy on mnie zabije! Ale wdowa tyle razy była dobra dla mnie, że muszę to powiedzieć… Zaraz powiem, tylko przyrzeknijcie, że mnie nie wydacie!
— Święty Sebastianie! On naprawdę ma coś ważnego do powiedzenia! To widać! — zawołał stary. — Mów śmiało, chłopcze, nikt z nas cię nie zdradzi.
W trzy minuty później ojciec i synowie, dobrze uzbrojeni, szli już w stronę domu wdowy. Kiedy dotarli do zarośniętej zielskiem ścieżki, wyciągnęli pistolety i zaczęli skradać się po cichu.
Huck nie poszedł z nimi dalej. Ukrył się za wielkim kamieniem i nasłuchiwał. Długą chwilę panowała obezwładniająca, groźna cisza. Nagle huknęły strzały, ktoś krzyknął.
Huck nie czekał na dalszy rozwój wypadków. Rzucił się do ucieczki i gnał na dół, ile sił w nogach.
Rozdział XXXI
Nazajutrz, w niedzielę, ledwie zaczęło świtać, Huck wdrapał się na wzgórze i cichutko zapukał do drzwi starego Walijczyka. Mieszkańcy domu spali wprawdzie, ale z powodu nocnych zajść był to sen czujny i niespokojny. Z okna padło pytanie:
— Kto tam?
Zalękniony głos Hucka odpowiedział cichuteńko:
— Proszę mnie wpuścić, to tylko Huck Finn!
— To jest nazwisko, przed którym drzwi mojego domu otwierają się we dnie i w nocy. Witaj, chłopcze!
Dla uszu małego włóczęgi były to słowa niezwykłe i zarazem najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek słyszał w swoim życiu. Nie mógł sobie przypomnieć, aby choć jedna osoba tak serdecznie witała go u siebie w domu.
Szybko otworzono drzwi i Huck wszedł do środka. Podano mu krzesło. Starzec i obaj jego krzepcy synowie zaczęli się szybko ubierać.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia