lektury on-line

Kategorie

Przygody Tomka Sawyera - Mark Twain - Strona 94

— Ja tak samo. Ale zbójcy tak nie robią. Zakopują skarb i zostawiają.
— I nie przychodzą, żeby go zabrać?
— Nie. Wprawdzie mają zamiar kiedyś go zabrać, ale albo zapominają, jakie zrobili znaki orientacyjne, albo wcześniej umierają. A skarb leży i leży, tak długo aż ktoś wreszcie znajdzie stary, pożółkły papier, na którym narysowana jest mapa i szyfr. Nad takim papierem trzeba nieraz ślęczeć cały tydzień, zanim się go odcyfruje, bo ten szyfr najczęściej napisany jest hieroglifami.
— Hiero… co?
— Hieroglifami… a może hieroplitami… no, w każdym razie takimi obrazkami i tak dalej, które wyglądają tak, jakby nic nie znaczyły.
— A ty masz taki papier?
— Nie.
— To jak chcesz znaleźć skarb bez mapy?
— A na co mi mapa? Oni zawsze zakopują pod jakimś domem, gdzie straszy, albo na wyspie, albo pod uschniętym drzewem z wystającym korzeniem. Próbowaliśmy już trochę na Wyspie Jacksona, a teraz możemy spróbować tutaj. Mamy przecież w okolicy ten stary nawiedzony dom nad potokiem Cichego Domu, a tam jest cała masa uschniętych drzew.
— Czy skarb jest pod każdym takim drzewem?
— No coś ty! Jasne, że nie!
— To skąd będziesz wiedział, do którego się zabrać?
— Musimy kopać pod wszystkimi.
— Zwariowałeś, Tomek?! Przecież to nam zajmie cały rok!
— No i co z tego? Ale za to wyobraź sobie, że znajdujesz stary zaśniedziały garnek, a w nim sto błyszczących dolarów, albo skrzynkę z diamentami? Co?
Huckowi zaświeciły się oczy.
— To byłoby super! Wiesz co, daj mi te sto dolarów, a diamenty możesz sobie zabrać!
— W porządku. Ręczę ci, że nie pogardzę diamentami. Czasami jeden taki kamyk warty jest dwadzieścia dolarów, a nie ma ani jednego, za którego nie dostałbyś przynajmniej pół dolara.
— Serio?!
— Jasne! Każdy ci to może potwierdzić. Czy ty nigdy nie widziałeś diamentu, Huck?
— Raczej nie.
— To pomyśl sobie, że królowie mają ich na pęczki, dosłownie całe worki.
— No tak, ale ja nie znam żadnego króla.
— Ja myślę! Za to jakbyś pojechał do Europy, to byś zobaczył, ilu ich tam gania po ulicach.
— Poważnie? Ganiają po ulicach?
— Zwariowałeś? Jasne, że nie ganiają!
— No to czemu mówisz, że ganiają?
— O rany! Chciałem tylko powiedzieć, że jest ich tam cała masa, rozumiesz? I że w ogóle mógłbyś ich zobaczyć; na przykład takiego starego garbatego Ryszarda…
— Ryszarda? A jak on ma na nazwisko?
— On wcale nie ma nazwiska. Królowie nie mają nazwisk, tylko imiona.
— E tam! Nie mają nazwisk?
— Nie mają, a co?
— Nic. Niech sobie nie mają, jak im się tak podoba. Ale ja nie chciałbym być królem i mieć tylko imię, jak Murzyn. Słuchaj, Tomek, a gdzie ty właściwie chcesz zacząć kopać?
— Jeszcze nie wiem. Może zabierzemy się do tego starego, uschniętego drzewa na wzgórzu, po drugiej stronie potoku Cichego Domu?
— Dobra!
Wytrzasnęli jakąś starą, kulawą motykę oraz pogiętą łopatę i ruszyli za miasto. Mieli przed sobą trzy kilometry drogi. Przyszli na miejsce zgrzani i zziajani. Rzucili się na ziemię w cieniu pobliskiego wiązu, by odpocząć i zapalić fajki.
— Podoba mi się to — oświadczył Tomek.
— Mnie też.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia