Tomek znał zwyczaje nietoperzy i wiedział, jakie niebezpieczeństwo im grozi. Chwycił Becky za rękę i pociągnął ją gwałtownie w pierwszy z brzegu korytarz. Zrobił to w samą porę, bo gdy byli już niemal poza grotą, nietoperz skrzydłem zgasił jej świecę. Rozzłoszczone zwierzęta ścigały ich jeszcze kawał drogi, ale dzieci tak kluczyły korytarzami, że wreszcie uwolniły się od natrętów. Zaraz potem Tomek odkrył podziemne jezioro, którego mgliste kontury gubiły się gdzieś daleko w mroku. Miał ochotę zbadać jego brzegi, ale zdecydował, że najpierw trzeba usiąść i trochę odpocząć. Przeraźliwa, głucha cisza po raz pierwszy ścisnęła ich za serce swą zimną ręką.
— Nie zwracałam na to uwagi, ale zdaje mi się, że już bardzo długo nie słyszeliśmy głosu innych dzieci — powiedziała Becky niepewnie.
— Pomyśl sama, przecież jesteśmy głęboko pod nimi, nie wiadomo jak daleko na północ, wschód i w ogóle. To po prostu niemożliwe, żebyśmy ich słyszeli.
Dziewczynkę ogarnął lęk.
— Chciałabym wiedzieć, jak długo już tu jesteśmy? Może lepiej wróćmy, Tomku?
— Trzeba wracać. Tak będzie najlepiej.
— A potrafisz odnaleźć drogę z powrotem? Bo mnie się pomieszało.
— Na pewno trafiłbym z powrotem, ale te przeklęte nietoperze! Gdyby zgasiły nam obie świece, to byłby koniec, bo nie mamy ich czym zapalić. Musimy poszukać innej drogi, żeby ominąć nietoperze.
— Dobrze, ale chyba nie zabłądzimy? To by było okropne! — dziewczynka wzdrygnęła się na samą myśl o takiej możliwości.
Weszli w jakiś korytarz i długo szli w milczeniu, zaglądając w każdą odnogę, z nadzieją, że ją rozpoznają. Ale wszystko było tu nowe i obce. Za każdym razem, gdy Tomek rozglądał się w nowym odgałęzieniu, Becky patrzyła mu w oczy, szukając w jego twarzy otuchy, a on powtarzał ż wesołą miną:
— Tak, wszystko w porządku. To jeszcze nie tu, ale zaraz wyjdziemy na dobrą drogę.
Każdy kolejny zawód sprawiał jednak, że ogarniało go coraz większe zwątpienie. Zaczął wchodzić na oślep to w jedno rozwidlenie, to w drugie, w rozpaczliwej nadziei trafienia w końcu na znaną sobie drogę. Ciągle powtarzał: „Wszystko w porządku”, ale strach przygniatał mu serce ołowianym ciężarem, a głos jego brzmiał głucho i bezdźwięcznie, jakby mówił: „Jesteśmy zgubieni”. Przerażona Becky przytuliła się do niego i na próżno walczyła ze łzami. Wreszcie powiedziała:
— Tomku, co tam nietoperze! Wracajmy starą drogą! Cały czas mi się zdaje, że coraz bardziej się oddalamy.
Tomek przystanął:
— Słuchaj!
Wokół panowała głęboka i głucha cisza. Tomek krzyknął. Odpowiedziało mu echo, które przebiegło przez puste korytarze jak szyderczy śmiech i zamarło gdzieś w oddali.
— Przestań, Tomek! To takie straszne!
— Straszne, Becky, to prawda, ale trzeba wołać. Może nas usłyszą — i krzyknął po raz drugi.
To „może” wywołało jeszcze większą grozę niż upiorny śmiech echa, bo świadczyło o prawdziwym zwątpieniu. Dzieci stały i nasłuchiwały — ale odpowiedzi nie było.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.