— Ja nie wiedziałem, co robię! Naprawdę! Wszystkiemu winna ta przeklęta wódka i nerwy. Jeszcze nigdy w życiu nie użyłem noża w bójce. Biłem się nieraz, ale nigdy na noże. Wszyscy to potwierdzą. Joe, nie zdradź mnie! Powiedz, że mnie nie wydasz! Ty jesteś porządny chłop. Zawsze cię lubiłem i broniłem. Pamiętasz? Nie powiesz nikomu, prawda, Joe? — i nieszczęsny Potter rzucił się na kolana przed mordercą, składając przed nim ręce jak do modlitwy.
— Słuchaj, Potter, zawsze byłeś wobec mnie w porządku. Mówię ci uczciwie: nie wydam cię.
— Ach, Joe, jesteś aniołem! Będę cię za to błogosławił przez całe życie! — i Potter zalał się łzami.
— No, no, dość tego. Nie ma czasu na mazgajstwa. Trzeba się stąd wynosić. Ty idź tędy, a ja pójdę tamtędy. Ruszaj! I uważaj, żebyś nie zostawił za sobą śladów!
Potter odszedł szybkim krokiem, a potem puścił się biegiem.
Mieszaniec patrzył za nim przez chwilę, wreszcie mruknął do siebie:
— Najwyraźniej uderzenie porządnie go zamroczyło, a rum jeszcze nie wywietrzał z głowy. Chyba nie tak prędko przypomni sobie o nożu, a potem będzie się bał wracać na cmentarz sam, żeby go poszukać — nędzny tchórz!
W kilka minut potem już tylko księżyc spoglądał na ciało zamordowanego, nakryte płachtą zwłoki, trumnę bez wieka i otwarty grób. Znowu zapadła głęboka cisza…
Rozdział X
Chłopcy pędzili w stronę miasteczka półżywi z przerażenia. Od czasu do czasu rzucali za siebie trwożne spojrzenia, jakby w obawie, że są ścigani. Każdy pień, wynurzający się na drodze, przybierał w ich oczach groźną ludzką postać — a wtedy dech zamierał im w piersiach. Gdy mijali domki na skraju miasteczka, ujadanie zbudzonych psów dodało im skrzydeł u nóg.
— Żebyśmy… się tylko dostali… do tej starej… garbarni… zanim padniemy… — wykrztusił Tomek, dysząc po każdym słowie. — Ja już… nie mogę… biec dalej…
Ciężkie sapanie Hucka było jedyną odpowiedzią. Z oczyma utkwionymi w cel dobywali resztek sił. Garbarnia była coraz bliżej; wreszcie wpadli razem w otwartą bramę i z uczuciem niewysłowionej ulgi, runęli na ziemię całkowicie wyczerpani. Okrył ich bezpieczny mrok zabudowania. Powoli uspokoili się nieco i Tomek szepnął:
— Huck, powiedz, co teraz będzie?
— Jeśli doktor Robinson umrze, to kogoś powieszą.
— Tak myślisz?
— Myślę? Ja to wiem z całą pewnością!
Tomek zastanawiał się przez chwilę.
— Ale kto o tym powie, Huck? My? — zapytał.
— Zwariowałeś?! A jeżeli stanie się coś takiego, że tego Indianina nie powieszą, to co wtedy? Wtedy on nas prędzej czy później zamorduje. Zatłucze na śmierć. To pewne, jak amen w pacierzu.
— Właśnie tak samo sobie pomyślałem.
— Jeżeli już ktoś ma donieść, to niech to zrobi Potter, jeśli jest taki głupi. On i tak jest wiecznie pijany.
Tomek nic nie odpowiedział, myślał nad czymś głęboko. Nagle szepnął:
— Huck, przecież Potter nic o tym nie wie! Więc jak może oskarżyć Joego?
— Dlaczego nie wie?
— Bo dostał po głowie i leżał nieprzytomny! On nic nie widział! Sądzisz, że mógł coś widzieć?
— Jezus Maria! Tomek, masz rację!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jan Biliński.