lektury on-line

Kategorie

Lektury › Odyseja - Homer › Strona 56

Odyseja - Homer - Strona 56

Jutro więcej starszyzny zwołamy na koło,
Aby obcego gościa uraczyć wesoło,
A przy tym obiatami zjednać sobie bogi
I obmyślić, jak wróci ten człek w swoje progi,
Aby wolen tułaczych niewygód i trosek
Z pomocą naszych ludzi do rodzinnych wiosek
Dostał się. A już mniejsza, czy drogi stąd kawał,
Aż gdy stanie na miejscu — niech się tam rozlicza
Z wyrokami przeznaczeń, jakie tajemnicza
Nić mu snuje przez twarde prządki uprzędziona,
Kiedy na świat dziecięciem wyszedł z matki łona. Lecz jeśli to zbieg z nieba który nieśmiertelny,
To znak, że bogi mają jakiś cel oddzielny. Zwykle bowiem w widomej postaci się jawią,
Zasiadają wraz z nami, jedzą, piją, bawią,
Zwłaszcza jeśli ich sutym uczcimy prażnikiem,
Lub też zszedłszy się w drodze z samotnym pątnikiem,
Biorą kształt ludzki, chętnie kumają się z nami,
Toż z grubymi Kyklopy albo z Gigantami”. Na to mądry Odysej odpowiedział skromnie:
„O Alkinoju! Nie myśl, proszę cię, tak o mnie. Przecieżem do żadnego niepodobien boga,
Ani wzrostem, ni kształtem, chudzina uboga. Lecz jeśli kogo znacie z chodzących po świecie
Najnieszczęśliwszym, to mnie równać z nim możecie. A i więcej bym cierpień naliczył i biczy,
Którymi wyrok bogów ćwiczył mnie i ćwiczy. Wżdy pozwólcie, niech zjem co, choć w oczach łza stoi. Nic głodnego żołądka pono nie ukoi. — Głód największym tyranem, ciągle się napiera
Nie dbając, czy ból jaki duszę ci rozdziera. Że mi się serce kraje, nic to mu nie szkodzi:
Jeść! Pić! co chwila woła żołądek, ten złodziej! I wszystko, com wycierpiał na starość i z młodu,
Zapominam, dopóki nie napasę głodu… Więc błagam was, władycy, gdy ranek zaświta,
Wyprawcie mnie do domu biednego rozbita! Zniósłszy tyle już życia nie żal by mi było,
Gdybym ujrzał włość moją, dworzec, czeladź miłą!”
To rzekł i jego mowie przytuszą książęta
— Odesłać go do domu rzecz słuszna i święta. Więc wylawszy obiatę, gdyż sami dość pili,
Na smaczny wypoczynek do dom podążyli. Boski Odysej w izbie pozostał godowej,
Obok króla posadzon i obok królowej,
Gdy służebne ze stołów sprzątały naczynia. Więc rzekła doń Arete, ta biała kniahinia,
Poznawszy na nim chiton i piękny odziewek,
Który sama utkała z pomocą swych dziewek —
Zagabnęła go lotnym słowem w tym sposobie:
„Gościu! Pozwól, żeć jedno zapytanie zrobię:
Coś zacz? Skąd się tu wziąłeś? Czemu w tym ubiorze? Mówiłeś wżdy, że-ć na ląd wyrzuciło morze?”
Na to jej mądry Odys dał taką odpowiedź:
„Trudno mi od początku robić całą spowiedź
Tych bied, jakimi bogi ścigają mnie srodze,
Jednak twej ciekawości, królowo, dogodzę. Stąd daleko na morzach jest ostrów niewielki,
Zwan Ogygią, siedziba srogiej zwodzicielki,
Kalypso pięknowłosej, a córki Atlasa. Każdy bóg jej unika, człek tam nie popasa;
Mnie tylko nieboraka demon zagnał do niej,
Kiedy piorun Zeusowy na pełnych mórz toni
Roztrzaskał mi łódź moją. W dom mnie swój przyjęła,
Gościnnie nakarmiła, potem wmawiać jęła,
Że mi da nieśmiertelność, a z nią młodość wieczną —
Lecz się broniłem od niej odmową stateczną.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Lucjan Siemieński.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia