Teraz macie wóz, przewóz: bój na śmierć lub z strachem
Ucieczka; a czy śmierci który się wychwyci? Lecz żaden, myślę, wszyscy będziecie zabici!”
Tak mówił, a po ciele przeszło ich aż mrowie. Wtem jeszcze raz Eurymach do swych się ozowie:
„Bracia! U tego człeka nie zmacha się ręka! Póki panią kołczana i gładkiego łęka,
Póty słać będzie strzały ze lśniącego proga,
Aż wszystkich wytnie. Nuże! Weźmy się do wroga! Dobyć mieczy! Stołami pozastawiać piersi
Od strzał jego — i hurmem wypadniem najpierwsi. Gdy go z progu i ze drzwi wypłoszyć się uda,
Wpadniem wtedy do miasta, skrzykniem dużo luda,
On tymczasem za nami pośle strzał pośledny”. Tak rzekł — i zaraz dobył obosieczny, miedny
Koncerz i z podniesionym na Odysa bieżał,
Z srogim krzykiem; a Odys właśnie co wymierzał
Łuk swój, i w same piersi celował pociskiem,
Że aż w głębi wątroby uwiązł mu ze wszystkiem. Ręka miecz wypuściła, on sam runął krwawy
Przez stół i na podłogę pozrzucał potrawy
Z dwuuszną czaszą. Wił się, czołem tłukł po ziemi. W bólach konania kopiąc nogami obiemi,
Zwalił stołek, i oczy nocą się powlekły. Wnet też i Amfinomos wyskoczył jak wściekły
Przeciwko Odysowi z wzniesionym brzeszczotem,
By go z drzwi wyparować; lecz Telemach lotem
Zabiegł mu: w same plecy, pomiędzy ramiona,
Wraził kopię, aż na wskroś pierś przedziurawiona. Padł jak długi, o ziemię uderzył czerepem,
A Telemach, uchodząc, rozstał się z oszczepem
Zostawionym w kadłubie; szło mu, aby który
Achiw, kiedy swój oszczep wydobywał, z góry
Nie płatnął go albo też nie przeszył w natłoku. K'temu jednym podskokiem był przy ojca boku
I uskrzydlone słowa posłało mu chłopię:
„Ojcze! Wnet ci dostawię pawęż i dwie kopie,
Toż szlem, co by do czoła szczelnie ci przystawał;
Siebie całkiem uzbroję, a i zbroi kawał
Zniosę dla Eumajosa i dla Filojtiosa. Daleko lepiej bić się, kiedy pierś nie bosa”. Na to mu rzecze Odys, ćwik szczwany jak mało:
„Bież i przynoś, dopóki strzał jeszcze zostało,
Aby mnie nie wyparła z progów ta gromada”. Jakoż Telemachowi przypadła ta rada,
Bo pobiegł do skarbczyka, gdzie stały oręże,
Tam wybrał osiem kopij i cztery pawęże,
Toż szlemów miednych cztery, zdobnych w końskie kity,
I zniósł prędko do ojca młodzian wyśmienity. Po czym w zbroję miedzianą sam oblekł się duchem
A za jego przykładem i wolarz z pastuchem
W pełnej zbroi dokoła Odysa stanęli. Bohater zaś, dopóki strzał starczy, co strzeli,
To powali jednego, tak że w całym gmachu,
Gdzie spojrzałeś, to leżą kupą gach na gachu. Lecz gdy gniewnemu panu strzał brakło w kołczanie,
Odstawił łuk i oparł go u drzwi, przy ścianie,
Sam zaś nadział pawężę poczwórną na siebie
I szlem włożył na głowę, doświadczon w potrzebie,
Co groźnie ogonami powiewał końskimi,
Ręce uzbroił dwiema dzidy dwusiecznymi. Były tam w ścianie z boku jakieś drzwi wychodne,
Od których, jak to mają mieszkania wygodne,
Szedł korytarz z zapartym wyjściem na podwórze. Tam więc Odys wyprawił co rychlej na stróże
Pastucha, by nikt nie mógł tamtędy wyjść z domu.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Lucjan Siemieński.