lektury on-line

Kategorie

Lektury › Odyseja - Homer › Strona 174

Odyseja - Homer - Strona 174

A gdy przyszła cna pani przed tłum zgromadzony,
Stanęła w progu izby wysoko sklepionej. Cienką z głowy namiotkę spuściła na lice,
A mając z obu boków służebne dziewice,
W te słowa do zebranej ozwała się rzeszy:
„Słuchajcie, dziewosłęby! Snadź bardzo was cieszy
Zbierać się w tym tu zamku codziennie na gody,
Odkąd mąż mój odjechał. Jakież są powody,
Że zajazdem i dom nasz, i mienie niszczycie? Jeżeli to z miłości do mnie, jak mówicie,
Więc dobrze! Zatem pora stanąć do popisów:
Przyniosłam wam ów sławny, wielki łuk Odysów,
Który z was ot ten kabłąk napnie dłonią silną
I uch dwanaście strzałą przeszyje niemylną,
Tego żoną zostanę, mężowskie siedlisko,
Zamek ten ukochany opuszczę — z nim wszystko! Ale tęsknota moja nigdy nie przeminie!”
To rzekłszy na pastucha Eumajosa skinie,
By topory i łuk ten przed nimi postawił. Płacząc wziął je Eumajos i rozkaz jej sprawił. Łuk ten widząc, Filojtios rozpłakał się rzewnie,
Co spostrzegłszy Antinoj strofował ich gniewnie:
„O, wy głupcy! Dzień biały, a wam sny się roją! Zaprzestać mi tych szlochań, które niepokoją
I jątrzą serce pani, i tak już strapionej,
Odkąd mąż jej odjechał, na zawsze stracony. Dość tych łez, kto chce siedzieć z nami tu przy stole! A jeśli chcecie szlochać, to za drzwi! Precz w pole! Łuk zostawcie! O lepsze wnet do walki staniem. Li jedną mam obawę z łuku napinaniem:
Nużby się pokazało, że w tym gronie całem
Nie ma człeka jak Odys. Niegdyś go widziałem,
I pamiętam, choć byłem dzieckiem w onej dobie”. Tak mówił, a w umyśle układał już sobie,
Że łuk napnie i strzałą topory przeszyje. Nie przeczuł, że strzał pierwszy łuku go zabije,
Z rąk Odysa, bo on go pierwszy w oczy żywe
Zelżył i szczuł na niego gachy urągliwe. Świętej mocy Telemach głos zabrał wśród tłumu:
„Prze bogi! Toż mnie Kronion pozbawił rozumu! Matka moja oświadcza, mądra białogłowa,
Że z drugim mężem dom ten opuścić gotowa,
A ja śmieję się wesół, ot, sobie trzpiot młody! Kiedy tak — hej mołojcy! Stawać wam w zawody
I dobijać się o tę niewiastę bez ceny,
Jak równej nie ma Argos, Achaja, Mykeny. Bo jak w świętym Pylosie, tak tu, w naszej stronie,
Któraż by wyrównała dostojnej matronie? Lecz co mi chwalić matkę! Wy przecież ją znacie! Dalej więc! Niepotrzebnie tak się ociągacie
Z tym strzelaniem — łuk czeka, ujrzym, kto zwycięży. I ja bym też spróbował, czy ten łuk napręży
Ręka moja i strzałą topory przestrzeli? Wtedy nic mnie z kochaną matką nie rozdzieli! Nie poszłaby już za mąż, mnie nie sierociła! Pragnę walczyć jak ojciec: w tych ręku jest siła!”
Tak mówił i skoczywszy z krzesła, płaszcz czerwienny
Z barków zrzucił, odpasał swój miecz naramienny;
Po czym zrobiwszy bruzdę, topór przy toporze
Wsadził w ziem rzędem długim, równo jak być może,
I obdeptał dokoła, co wszystkich zdziwiło,
Że choć nie znał roboty, a zrobił aż miło. Więc na próg izby wstąpił, trzymając łuk krzywy,
Po trzykroć się przysądził do wartkiej cięciwy
I trzykroć sił mu brakło; lecz nie tracił ducha,
Że łuk napnie i pocisk przepędzi przez ucha.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Lucjan Siemieński.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia