Chytra taką wymyśla dla nas niespodziankę,
Że na krosnach nawlókłszy pasma jak na tkankę
W swej komorze, mówiła do zalotnej młodzi:
— Jeśli wam po Odysie o mą rękę chodzi,
To póki tego płótna nie skończę, nie prędzej
Ślub być może, bo żal by marnować mi przędzy. Całun ten dla Laerta przeznaczam, gdy stary
Usnąwszy niezbudzonym snem pójdzie na mary. Nie chcę, by mnie achajskie ganiły kobiety,
Gdyby on, pan tak wielki, leżał nie okryty”. Tak mówiła i wszyscy wierzyli mądrosze. Więc odtąd w dzień przy krosnach tkała tam po trosze,
A w noc przy żagwiach pruła, co we dnie utkała,
I tak nas przez trzy roki wciąż oszukiwała. Gdy rok czwarty przyniosły pór odmienne lica,
Przez jedną z pokojówek wyszła tajemnica. Wpadamy. Na gorącym uczynku schwytana,
Pruła to czasu nocy, co utkała z rana. A więc chcący nie chcący skończyć jej wypadło. A kiedy już utkany płaszcz i prześcieradło,
Wyprała — że jak słońce jak księżyc są czyste —
Wtem demon skądeś naniósł na łany ojczyste
Odysa, do pastuszej zagrody, co leży
Hen na końcu ostrowu. Do niego wraz bieży
Luby syn wracający na okręcie z drogi
Do Pylu piaszczystego. Więc oba te wrogi
Rzeź gachów uradzili między sobą w myśli. Po czym przyszli do miasta, lecz nie razem przyszli. Odys później, syn jego pospieszył tam wprzódy,
Króla zaś przebranego powiódł pasterz trzody. A król miał postać dziada złamanego laty,
Szedł o kiju, na grzbiecie świeciły mu łaty. Nikt z nas nie mógł Odysa poznać w tym człowieku,
Gdy się zjawił, nikt, nawet męże w starszym wieku. Więc się nań posypały obelgi i krzesła. Jakiś czas mężna dusza obrazę tę zniesła
Zadaną mu na własnych śmieciach, w własnym domu. Lecz gdy go wolą swoją natchnął władca gromu,
Z pomocą Telemacha z izby wszystkie zbroje
Przeniósł w górną komnatę i zamknął podwoje,
Po czym w chytrym zamiarze podmówił swą żonę,
By przyniosła łuk jego i siekiery one
Do szermierki dla gachów, i do naszej zguby;
Bo nikt nie mógł cięciwy na kabłąk tak gruby
Napiąć, z nas nieszczęśliwych; zawiodła nas siła! Lecz gdy łuk ten Odysa ręka pochwyciła,
Narobiliśmy krzyku i zewsząd wołano,
Aby, choć się napiera, łuku mu nie dano. Lecz Telemach mu kazał dać łuk obnoszony. Otóż gdy go Odysej chwycił w swoje szpony,
Jak nic napiął, przez ucha żelaz strzałę cisnął. Na próg skoczył, wysypał pęk strzał — okiem błysnął
Okropnie i pociskiem Antinoja przeszył! Na innych miotać strzały nieustanne śpieszył,
A celnie i morderczo — mąż padał na męża… Snadź słoniła ich boga jakiegoś pawęża,
Bo wściekli wpadli na nas, wszystkich mordowali,
Kto tylko się nawinął, aż powstał jęk w sali
Zmieszan z łomotem czaszek; krew izbę zalała. Tak my padli, Atrydo, wszyscy! Nasze ciała
Dotąd w zamku Odysa leżą nie grzebane. Braciom naszym nieszczęście to jeszcze nieznane,
By przyszli krew z ran otrzeć, z jęki żałosnemi,
Jak przystoi, pogrzebać ciała nasze w ziemi”. Tak odpowiedział na to cień Agamemnona:
„Odysie! Twoja dzielność już wynagrodzona,
Kiedyś mężem małżonki zdobnej w wielkie cnoty.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Lucjan Siemieński.