lektury on-line

Kategorie

Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa - Strona 418

— Bądź pan spokojny; jak mieszkałeś w Korczynie, tak mieszkać będziesz. Pewno, że tam wyżyć byś nie mógł. Ale ja z największą przyjemnością panu dom swój nadal ofiaruję. Zresztą, macie u mnie swoją sumkę, którą Justysi częściami tylko będę mógł spłacać…
Orzelski chciwie tych słów wysłuchał i uspokoił się znacznie.
— Ale widzi pan dobrodziej, zawsze to jakoś nie te… aby panienka taki mezalians robiła…
Benedykt zamyślił się na chwilę.
— Mój kochany panie — odpowiedział — przypomnij sobie swoją własną młodość… Może też Justyna szczęśliwsza będzie w tym mezaliansie, niż moja cioteczna siostra była w małżeństwie z panem… zupełnie przecież stosownym.
Orzelski usta trochę otworzył, zmieszał się. Jakieś przypomnienie ugodziło weń i trochę nim wstrząsnęło.
— Serce, panie dobrodzieju… — zaczął — serce nie… te… jeżeli z mojej strony były jakie te… to przez te…
— No — przerwał Benedykt — o przeszłości nie ma co mówić, a o przyszłość swoją bądź pan spokojny. Idź na górę, graj sonatki i serenadki, a Marta ci tam zaraz śniadanie pośle…
Pomyślał chwilę, na smyczek swój spojrzał.
— Kiedy tak — zaczął — to niech sobie Justyna te… ale zawsze to nie wypada, aby panienka za jakiegoś te… te… nie wypada… nie wypada!
Głową kołysząc i wyraz ostatni powtarzając, zupełnie już jednak uspokojony, odszedł. Benedykt długo jeszcze rozmawiał z Martą i z Witoldem, który Kirłową i jej gromadkę do bryczki wsadziwszy i pożegnawszy, spiesznie do ojca przybiegł. Potem w sali jadalnej nakrywanie do stołu usłyszawszy Marty poprosił, aby o parę godzin podanie obiadu powstrzymała, a Witoldowi Justynę zawołać kazał.
Nadbiegła zarumieniona, niespokojna. Sprzeczki i poróżnienia z wujem lękała się.
— Chodź — rzekł do niej Benedykt, kapelusz słomiany na głowę włożył i ramię jej podał.
Odgadła, dokąd ją miał prowadzić, i z okrzykiem radości do rąk mu się rzuciła.
Poszli drogą sunącą białym szlakiem u spłowiałego kobierca pól. Niebo było białe od okrywających je obłoków, pod nim leciały stada jaskółek i gdzieniegdzie kołysały się jastrzębie. W powietrzu panowała chłodna, smętna, łagodna cisza jesieni.
Kiedy Benedykt i Justyna weszli do zagrody Anzelma i Jana i prędko przebywali przerzynającą duży ogród drogę, na której teraz usychały trawy i żółkły więdnąc białe dzięcieliny, siedząca na sapieżance biało-czarna sroka zakrakała, kogut za płotem zapiał i żółty Mucyk wybiegł z podwórka z wielkim szczekaniem. Ale pogładziła go Justyna i pies lisi swój pyszczek do sukni jej tulić a kiściastym ogonem wywijać zaczął, z miłością w oczy jej patrząc.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia