— A jakże! — odzyskując mowę zawołała. — Taki był dziś spokojny, grzeczny, rozumny, jak już lepiej i nie potrzeba. Zjadł na kolację kwaśnego mleka i mówi: „Jadwiśka, pójdziem sobie którego sąsiada nawiedzić”. „Może pana Szymona?” — zapytuję, bo już wiem, że gdyby powiedzieć: pana Anzelma, zaraz obruszyłby się i powiedział: „Ja do błaznów nie chodzę”. On zawsze myśli, że pan Anzelm młodym kawalerem jest, a gospodarzem w chacie nieboszczyk pan Szymon. Poszedł i pięknie, grzecznie szedł sobie, nawet siłę dobrą mając, bo tylko troszkę opierał się na kiju; aż tu jak wyskoczą chłopcy zza płotu, jak krzykną mu w same ucho: „Pacenko przyjechał i znów babulkę zabierze!” Aż zatrząsł się cały, i żeby nie ja, na ziemię padłby… i już teraz nijak jego nie wstrzymać ani wyperswadować… drze się naprzód, że i zawrócić go do chaty nie zdołałam…
Stary tymczasem kijem wywijając i groźnie pokrzykując, z kąta do kąta dreptał, we wszystkie pilnie zaglądając, ciemną bokówkę nawet obejrzał i do świetlicy wróciwszy, pod wielką kanapą kijem czas jakiś wodził, aż do pieca przydreptał i chciał zajrzeć w znajdujące się pod nim małe sklepienia. Ale usiłując pochylić się do samej ziemi, równowagę stracił i całym ciężarem swego wyschłego, lecz kościstego ciała na podłogę runął. Najbliżej upadającego znajdująca się Justyna najprędzej znalazła się przy nim i pochylona, już zręcznym ruchem głowę jego podnosiła, gdy rubasznym i wyraźnie rozgniewanym ramieniem odtrąconą się uczuła.
— Za pozwoleniem, proszę dziadunia mego nie ruszać… już ja sama dam rady… już co się tyczy dziadunia, to on pewno do mnie należy… — prędko i plączącym się ze wzruszenia językiem zagadała Domuntówna.
Jednocześnie z ostrożnością, lecz i niepospolitą siłą dziadka z ziemi podniosła, popędliwym gestem usuwając Jana, który jej chciał przyjść z pomocą.
— Niech pan Jakub uspokoi się — przemówił Anzelm — Pacenki nie ma; ani tu, ani nigdzie nie ma, bo on już dawno z tym światem rozstał się.
— Nie ma? — na kiju wspierając się i jeszcze cały drżący zapytał starzec — czy doprawdy nie ma? czy słowo honoru?
— Słowo honoru! — uroczyście przemówił Anzelm. — Ot, niechaj pan Jakub spokojnie sobie usiędzie i grzecznie z nami pogada…
W tej samej chwili Jan do Justyny szeptał:
— Nadmiar bym chciał, żeby on przy pani opowiedział jedną historię o dwunastym roku… która zdarzyła się z jego bratem, kiedy tu Francuzi byli… On dużo ciekawych historii pamięta…
Anzelm szept synowca może usłyszał, może też wiedział, czym najłatwiej starca zupełnie już uspokoić można, bo posuwając ku niemu krzesło przemówił:
— Proszę usieść, bardzo proszę. Ciekawość mnie bierze, czy też pan Jakub pamięta jeszcze tę historię, co bratu Franciszku wydarzyła się w dwunastym roku… czy może już o niej i zapomniał!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.