Na wysokiej, zielonej górze zniknęły ostatnie domy okolicy, a tuż za nimi góra rozszczepiła się na rozpadlinę głęboką i długą, otwierającą się od strony rzeki olbrzymim trójkątem ścian w tył odgiętych i ku szczytom rozwierających się coraz szerzej. Jan ruchem głowy wskazał Justynie parów Jana i Cecylii i napełniające go nieprzebite, różnymi odcieniami zieloności mieniące się, jaskrawymi barwami kwiatów i jagód nakrapiane gęstwie roślinne. Podniosła się trochę na swym siedzeniu, w tym chaosie linii i barw pragnąc odkryć stary grobowiec.
— Schowany on jest przed światem i z nijakiej strony zobaczyć go nie można — rzekł Jan. — Chyba jesienią, kiedy drzewa i krzaki wszystkie liście swe utracą, zamajaczy on przed oczami tego, kto tędy płynie. Czy pani nie uprzykrzyło się płynąć?
Opowiedział, że do Mogiły z Korczyna i Bohatyrowicz dwie drogi prowadzą. Można przeprawić się na przeciwną stronę rzeki naprzeciw dworu lub okolicy i potem dobrą godzinę iść lasem; albo płynąć trzeba dłużej, z pół godziny, i wylądować na piaskach, od których do tego miejsca i wiorsty nie będzie. Powiózł ją tą drugą drogą, bo chciał jej pokazać piaski.
— Później powiem — dodał — dla jakiej przyczyny zechciało mi się, aby pani na tych piaskach była. Dla mojej pamięci to takie miejsce…
Nie dokończył, bo z uwagą, mrużącymi się nieco przed blaskiem oczami, przypatrywać się zaczął pszczole, która z głuchym brzęczeniem nisko nad wodą leciała. Z przeciwnego brzegu rzeki wracające pszczoły od czasu do czasu nad głowami płynących przelatywały, ale ta opuszczała się coraz niżej, okrywającą ją żółtą lepkością jak kroplami roztopionego bursztynu na słońcu błyszcząc. Jan chwiejnego jej i coraz niższego lotu z oczu nie spuszczał i zręcznym ruchem, w chwili gdy skrzydłami muskać wodę już zaczynała, posunął ku niej wiosło, na które z głuchym stuknięciem osiadła. Potem ostrożnie, troskliwie omdlały owad z wiosła na brzeg czółna zsunął.
— Szkoda pracowitego zwierzątka, aby utonęło marnie — zauważył. — Może ty moja? — uśmiechnął się do pszczoły nieruchomo na brzegu czółna siedzącej.
Za wielkim trójkątem otwierającym parów Jana i Cecylii zielona góra przemieniła się w stromą, gładką i nagą wyniosłość, od pokładów marglu zaczerwienioną i u samego szczytu wystającą szerokim, pogarbionym gzymsem twardej, gorąco-żółtej gliny. Pod tym gzymsem ciemniały otwory z niezmierną regularnością zaokrąglone i w równych od siebie odległościach ciągnące się długim szeregiem.
— Co to? — ukazując je zapytała Justyna.
Ale zanim towarzysz jej miał czas odpowiedzieć, w jednym z tych ziemnych wydrążeń zaczerniało coś, bielą błysnęło i ptak wysmukły, ze śnieżną piersią i długimi skrzydłami szafirową czarnością połyskującymi, błyskawicznie szybko na dół spłynąwszy, krętym lotem prawie nad ich głowami przeleciał.
— Jaskółka! — zawołała Justyna.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.