Justyna z oczami jeszcze pełnymi śmiechu, który tylko co w piersi jej umilkł, gorąco zarumieniona, do zatopionego w muzyce ojca podeszła.
— Mój ojcze — rzekła — mam do pomówienia z ojcem o czymś ważnym, bardzo dla mnie i dla ojca ważnym.
Grać nie przestając, z roztargnieniem na nią spojrzał.
— Co tam takiego? Aha! Wiem… pan Różyc… ale poczekaj! Niech wprzódy te… serenadkę skończę!
Justyna przy oknie usiadła, czekała, a dźwięki serenady długo jeszcze to staccato, to allegro, to znów andantissimo rozlegały się po pokoju. Na koniec skończył, ustami cmoknął i koniec smyczka całując uśmiechnął się błogo.
— A co?… caca te… serenadka!
Tymczasem wkrótce po odejściu Justyny bocznymi drzwiami do gabinetu Benedykta wsunęła się Marta. Nie weszła jak zwykle ze stukiem i impetem, ale wsunęła się dziwnie cicho, zmieszana, ciemną chustką otulona.
— Przysłałeś po mnie, Benedykcie — zaczęła — ale ja bym i sama przyszła, bo wielką prośbę mam do ciebie… tylko nie wiem… słowo honoru, jak to powiedzieć…
— Cóż? Może i ty zaręczyłaś się z jakim ładnym chłopcem? — zażartował Benedykt.
Ręką machnęła, naprzeciw krewnego na brzeżku krzesła usiadła.
— Tak już głupia nie jestem, aby o takich rzeczach myśleć… — z dziwną pokorą i uciszeniem odpowiedziała — ale widzisz… Justynka za mąż wychodzi i jeżeli zgodzisz się… pozwolisz, ja przy niej, w jej… w ich chacie zamieszkam sobie…
— Co, co? — zawołał Benedykt.
— Słowo honoru! Bardzo chcę przy nich zamieszkać — ze spuszczonymi oczami i splecionymi na kolanach rękami mówiła dalej. — Chleba darmo im jeść nie będę, bo i doświadczenie w gospodarstwie mam, i siły do pracy jeszcze trochę… Im, gołąbkom, moje ręce przydadzą się, a może i głowa cokolwiek doradzi… A tu ja niepotrzebna… wieczny smutek! Niepotrzebna nikomu… nikomu… nikomu…
— Jak to niepotrzebna? Co ty wygadujesz? — niecierpliwić się zaczął Benedykt.
Głową z wysokim grzebieniem silnie wstrząsając twierdziła:
— A niepotrzebna! Cóż? Dzieci podorastały… twojej żonie nigdy dogodzić ani przypodobać się nie mogłam… a co do gospodarstwa… wielkie rzeczy! Ochmistrzynię sobie na moje miejsce weźmiesz… Justynka zaś sprzyja mnie, lubi… ona zawsze najwięcej ze wszystkich mnie lubiła… Przy tym i tych ludzi, pomiędzy których ona idzie…
Zająknęła się, palcem po wilgotnej rzęsie powiodła.
— I tych ludzi znałam kiedyś… lubiłam… sam los mnie kiedyś do nich prowadził… ale go nie posłuchałam, nie poszłam… za to teraz pójdę, popracuję z nimi trochę, a potem pewno już niedługo, oni dla mnie sami cztery deski zbiją i na mogiłki sami poniosą… ot, czego mi chce się… Justynka i Janek za dwa miesiące pobrać się postanowili… przez ten czas, ty Benedykcie, ochmistrzynię sobie znajdziesz… Uf! Nie mogę!
Zakrztusiła się i zakaszlała.
Benedykt patrzał, słuchał, aż wybuchnął:
— Facecja! Niedługo cały Korczyn do Bohaterowiczów się przeniesie! No — z uśmiechem dodał — już chyba tylko moja żona i panna Teresa tam nie pójdą!
Wstał, do Marty zwrócił się.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.