Odeszli. Z małego ganku, gzymsem w grube floresy wyrzeźbionym otoczonego, widać było ciemnawą sionkę, w której stały żarna, i przez drzwi otwarte w kuchni czysto wymiecionej dwie naprzeciw siebie u białego sosnowego stołu siedzące na stołkach dziewczyny. W niedzielnych sukniach bijących w oczy morderową i granatową barwą, w obcisłych stanikach i kolorowych kokardach u szyi, łokciami o stół oparte, głowy owinięte gładko uplecionymi warkoczami pochylały one ku sobie szepcząc o czymś z ożywieniem i bez ustanku. Pomiędzy nimi leżał na stole zaledwie rozpoczęty bochen chleba i stał gliniany, czarny garnek, z którego one drewnianymi łyżkami czerpały gęsty, biały chłodnik, z mleka, octu i posiekanej boćwiny złożony.
Ujrzawszy wchodzącą Justynę powoli wstały, do progu podeszły, a gdy im ona rękę na powitanie podała, Antolka dotknęła jej nieśmiało i z krótkim dygiem. Elżusia zaś ścisnęła ją tak silnie, że aż całym ramieniem zatrzęsła, i wnet zagadała:
— Panienka znowu do nas przyszła! Bardzo słusznie. Nam bardzo jest miło panienkę widzieć.
Uśmiech, z którym to mówiła, przyjacielski był i wesoły, ale oczy jej, tak jak u Fabiana, małe i błyszczące, zdawały się ze złośliwą trochę ciekawością prześwidrowywać twarz przybyłej i złośliwie też zerknęły za znikającym w drzwiach świetlicy Janem.
— Proszę usieść — przemówiła młodsza z dziewcząt. — Czy Justynka nie bardzo zmokła, w deszcz z Mogiły wracając?
— Oho! — zadziwiła się Elżusia. — Większa poufałość niż znajomość po imieniu panienkę nazywać…
Antolka zawstydziła się i twarz ku ścianie zwróciła.
— Kiedyż prosiła… — szepnęła.
Justyna cienką jej kibić ramieniem otoczyła i w zarumieniony policzek pocałowała.
— Suknia mi tylko zmokła, ale chętnie ogrzałabym się przy ogniu…
— To ja zaraz rozpalę!
Skoczyła i kilka polan z sionki przyniosła.
— Poczekaj — zawołała Justyna i z lekka ją usunąwszy, sama przed piecem na podłodze przysiadła i ogień rozniecać zaczęła.
— Oj, oj! Nie potrafi! — na całe gardło zaśmiała się Elżusia.
— Potrafię. Nie święci garnki lepią! — odpowiedziała Justyna.
— Bardzo słusznie, tylko że panienka nie do tego stworzona!
— Ot, widzicie, że już się pali…
Kawał brzozowej kory płonął istotnie w piecu i językami ognia suche polanka obejmował. Popielaty królik spod pieca wyjrzał. Justyna wzięła go w ręce i ułaskawione, łagodne stworzenie wnet do piersi jej przylgnęło. Za tym pierwszym ukazał się drugi, trzeci, czwarty i wszystkie zwinąwszy się w jeden jedwabisty, pstrokaty kłębek, czarnymi oczami w czerwonych oprawach na nią patrzały.
— A my o panience tylko co mówiły. O wilku mowa, a wilk tu. Bardzo słusznie!
— Ona do Justynki ma wielką prośbę — kruczkiem drzewo w piecu poprawiając uśmiechnęła się Antolka.
Elżusia łokciem ją trąciła i dłonią usta zamknąć chciała. Ale Antolka chichocąc i głowę odwracając, rękę jej odepchnęła.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.