lektury on-line

Kategorie

Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa - Strona 247

— Moja Tereniu — przerwał czytanie drugi głos kobiecy, słaby, łagodny, tęskny — czy możesz sobie przedstawić podobnie piękną, podobnie promienną egzystencję, jak tej margrabiny!…
— Ach! Takiego życia nawet wyobrazić sobie niepodobna! — westchnęła Teresa.
— Być gwiazdą pierwszej wielkości na dworze wielkiego króla… bawić się, jaśnieć…
— Być kochaną… — przerwała Teresa.
— O, tak! i przez kogóż? Przez takiego margrabiego de Créquy!… Jakąż musiała być miłość tych wykwintnych, pięknych, poetycznych ludzi!
— Ach! Takiego szczęścia wyobrazić sobie nawet niepodobna!
— W takich warunkach ja także byłabym zdrowa, wesoła, zadowolona, mogłabym tańczyć, nie tylko chodzić, pełną piersią oddychać, słowem, żyć! Prawda, Tereniu?
— O!
— Jakże nierówno pomiędzy ludźmi rozdzielone jest szczęście! — raz jeszcze westchnęła pani Emilia i zapewne łza spłynąć musiała po jej chudym i białym jak lilia policzku, bo słyszeć się dały perswazje Teresy:
— Niech tylko najdroższa pani nie denerwuje się, nie płacze, bo znowu atak być może… Moja najmilsza pani, proszę zapanować nad sobą i nerwy oszczędzać… może już kula dusi?…
Tego więc wieczoru pani Emilia i jej towarzyszka zamiast po rozłogach kuli ziemskiej podróżowały po przestrzeni czasu zatapiając się w czytaniu pamiętników jednej ze sławnych w wieku siedemnastym wielkich dam francuskiego dworu.
Justyna weszła do ciemnej sali jadalnej, w której głębi przez drzwi szeroko otwarte widać było gabinet pana domu, obficie dużą na biurku stojącą lampą oświetlony. Przy biurku siedział Benedykt Korczyński i w rozwartej przed nim rachunkowej księdze kreślił długie kolumny cyfr i notatek. W świetle lampy wysoka i gruba jego postać z długimi wąsami, ciemną twarzą i gęstymi, rozrzuconymi włosami uwypuklała się ciężko i ponuro. Było coś smutnego i bardzo poważnego w tym człowieku, samotnie o północy w głębi wielkiego, starego domu pracującym. Wydawał się tak w pracy swej pogrążony, że żadna myśl jej obca, żadna troska nie mająca związku z wychodzącymi mu spod pióra notatkami i cyframi dosięgnąć by go nie mogły. Jednak w sąsiedniej ciemnej sali odgłos stąpania usłyszawszy, żywym ruchem głowę znad księgi rachunkowej podniósł.
— Witold? — głośno zawołał.
Justyna w progu oświetlonego gabinetu stanęła.
— A! To ty! — wymówił takim tonem, jakby tylko co był się ucieszył, a teraz uczucia zawodu doświadczył.
Ręką po drgających od zmęczenia powiekach powiódł.
— Nie wiesz czasem, gdzie… Witold?
Powiedziała, że tylko co widziała go pływającego po Niemnie z rybakami, którzy jacicę łowią.
— A! — rzekł krótko i znowu pochylił się nad rachunkową księgą.
Justyna zbliżyła się ku niemu.
— Dobranoc, wuju — rzekła z cicha i dłużej, serdeczniej niż zwykle rękę jego ucałowała.
Po głowie jej kręciły się słowa:
„Nie krzyknął, nie zapłakał, tylko przed oknem stanął i w nocne ciemności patrząc takim głosem, jaki u konających bywa, kilka razy imienia boskiego wezwał!”
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia