Słodko, ach, o mnie śnij, pieseczku
Nie wstaniesz już na łapki dwie!
Tak cię zamęczę słodko po troszeczku,
Taki się zrobisz, że aż bardzo „fe”.
I nigdy nie będziesz mnie miał,
A mózg twój to będzie wprost jak czyjś kał —
Nawet nie twój własny —
W tym będzie urok straszny!
/ Gładzi Scurvy'ego. Scurvy zasypia mrucząc. /
SCURVY
Przeklęte babsko — jakież cudowne życie było przede mną, nim ją poznałem. Trzeba było usłuchać rad tych przeklętych homoseksualistycznych snobokretynów i wyzwolić się od kobiecości — „bo krew i żmija kobiecości głodna tuczą błękitnych oprawców zachwyty”. Och, och — jak przezwyciężyć ten przeklęty, potworny, nieugaszony żal! Ja się wprost chyba na śmierć zapożądam czy co?
KSIĘŻNA
/ gładząc go /
Otóż to, otóż to. spoglądając na obecnych To mówię właśnie tak gładząc go, tak jak trzeba, gdy się chce komuś przychylić nieba, do Scurvy'ego O to chodzi, pieseczku mój, kundelku złoty — bez tego nie mam już na nich ochoty.
/ Scurvy zasypia. /
SAJETAN
Czyż już ten przeklęty brak idei będzie trwać do końca istnienia? To straszne, ta pustka i ta masa nieprzebrana pracy realnej przed nami, pracy nie prześwietlonej żadnym, nawet najmniejszym, pojęciowym złudzeniem! Wicie, co wam powiem? — to jest wprost straszliwe: lepiej było szewcem śmierdzącym być i idejki mieć, i sobie słodko w tym smrodku o ich spełnieniu myśleć, niż teraz w tych jedwabiach u szczytu lokajskiej władzy — bo lokajska ona jest, sturba jej suka. tupie nogami — dalej prawie z płaczem mówi Zakasać łapy po szyję i pracować czystotwórczo społecznie. To nudne jak cholera! A życia już użyć nie mogę — nie odśmierdzę ja już tych zaśmierdziałych lat moich. Przed wami jeszcze cały świat! Wy po pracy możecie jeszcze żyć — a ja co? Zachlam się chyba czy zakokainizuję, czy co u czorta zatraconego? Nawet kląć mi się nie chce. Ja nikogo nawet nie nienawidzę — ja nienawidzę tylko siebie — o zgrozo, zgrozo; na jakież urwiska i wiszary duszy przywlekła mnie ta ambicja podła bycia kimś na tej ziemiczce świętej, kulistej a niepojętej!
KSIĘŻNA
Tragedia dosytu dostałych dostawców szczęścia dla ludzkości! Świat, mój Sajetańciu, jest stekiem bezsensu walczących potworów. Gdyby się wszystko nie pożerało, bakcyle jakieś tam pokryłyby w trzy dni ziemię na sześćdziesiąt kilometrów grubą warstwą.
SAJETAN
A ta znowu to samo, nikiej papagaj jaki sztucznie wyuczony. Już my to znamy. Tu, moja pani, ni ma czasu na wykładziki jakieś popularne — tu jest prawdziwa tragedia. O, kiedyż, kiedyż zapomni indywiduum o sobie w doskonałej maszynie społeczności? O, kiedyż cierpieć wreszcie przez swą samoosobowość, wiecznie w nicość jak zadek jaki transcendentalny wypiętą i wypuczoną, przestanie — zostają jedynie narkotyki, jej Bohu!
I CZELADNIK
Słuchałem dotąd cierpliwie was, nędzny człowieku, przez wzgląd na wasz wiek — ale nie mogę już.
II CZELADNIK
I ja też nie mogę, do chapudry girlastej!
I CZELADNIK
Źródło tekstu: Wolne Lektury.