Ależ kochanie, trzeba wstrzymać tę nawałę pracy za jaką bądź cenę, bo to jest naprawdę niesamowite i oni naprawdę — jeśli ta psychoza się rozprzestrzeni — rozwalą świat i zniszczą wszelkie sztuczne zastawki i spod zgniłego ścierwa idei-nowotworów wyciągną biedną, skarlałą ludzkość, na pośmiewisko małp, świń, lemurów i gadów — niezdegenerowanych gatunków naszych przodków.
KSIĘŻNA
Po co gadasz, do cholery ciężkiej?
SCURVY
Biedaczką, biedaczką straszną jest ludzkość! Myśmy się ponad nią wyeliminowali na tę jedną sekundę wyższej świadomości naszej osobowej nędzy i bezcenności naszych uczuć i w tej jednej niepowrotnej chwili musisz jedność stanowić ze mną, kanalio!! Całuje Księżnę i gwiżdże na palcach; wpadają te same Pachołki Gnębona Puczymordy, co w akcie I; syn Sajetana na czele. Brać ich! Rozdzielić po leniwniach! Nie dać im robić nic! Ani mru-mru — bo to najgorsze, nieznane niebezpieczeństwo ludzkości. Arbeit an sich — to kołek pośród szprych. Żadnych narzędzi! — rozumiecie — choćby zawyli się na śmierć.
/ Pachołki rzucają się na szewców. Straszliwa walka, w której Pachołcy, zarażeni, zaczynają też pracować: po prostu uszewczają się. Sajetan pada w objęcia syna i pracują razem. /
SCURVY
Patrz, pieszczotko — to okropne. Uszewczyli się. Moja gwardia nie istnieje. To się wyleje na miasto i wtedy caput.
KSIĘŻNA
Zupełnie zapomniałeś o mnie…
SCURVY
Sam Gnębon Puczymorda nie pomoże — jego pachołki wciągnięte w to jak w tryby jakiejś piekielnej maszyny… On sam zapracuje się na śmierć, podpisując bumag nieskończone zwoje…
KSIĘŻNA
Ale to wspaniałe tło dla tej naszej pierwszej i ostatniej nocy — naszej — moje biedne Scurviątko! Di doman non c'è certezza! Jutro już może będę już „ichnia” — mówię to w cudzysłowie, a ty w loszku będziesz gnił — taki biedny, zgnojony zgniłek. Ale z tą właśnie myślą w środku, z tym poczuciem ostatniościo-razowości, będziesz dziś dość szalony, aby mnie rozpalić jako gwiazdę najpierwszej wielkości na całym samiczym firmamencie podziemnych światów wielkiego Cielska Bytu.
SCURVY
Potwornie wpadłem.
/ Tamci bełkocą, oczywiście w pauzach, gdy nikt nie mówi. /
SZEWCY I PACHOŁKI
Wal, szyj, kłuj, sturba jego suka; but sam w sobie!
SAJETAN
But jako abso-lut! z nieprawidłowym akcentem na ostatnią zgłoskę Czy rozumiecie tej chwili cud? To wielki symbol jest but — przekory wszelkich złud!
SCURVY
/ do Księżnej /
To bycze — to nie jest wcale tak głupie, ten cały symbolizm, wiesz? I wiem, że ginę, ale się przed tobą nie cofnę. Chyba że mógłbym cię zaraz — o tu, w tej chwili — zabić. A taka szkoda by była, taka szkoda — tego ciałka, tych oczu, tych nóżek — i tych chwil nieprawdopodobnych.
KSIĘŻNA
Chodź więc — sturba twoja suka. Takim chciałam cię mieć, na tle tego piekła pracy samej w sobie. Skąd, u cholery, czerwony blask?
/ Czerwony blask rzeczywiście zalewa scenę. Scurvy i Księżna wybiegają na prawo. Praca wre jak szalona. /
AKT TRZECI
Źródło tekstu: Wolne Lektury.