— Jednego z towarzyszy straciliśmy, bracia, straciliśmy uczonego Koszałka-Opałka. Odłączył się on od nas, aby szukać sławy. Nie nam go sądzić. Niech idzie za gwiazdą swoją. Co do nas, przeżyliśmy tu dni dobre i chwile szczęśliwe. Błogosławmy temu zakątkowi ziemi.
— Błogosławmy! — zawołały wierne Krasnoludki.
I nagle zrobiła się cisza.
Wzniósł ręce król stary i wyciągnął je nad uciszoną doliną, i błogosławił jej.
Sto rąk, sto ramion podniosło się za nim w różane powietrze, w którym drżała promienista gwiazda królewskiego berła i błogosławiły temu zakątkowi ziemi.
A wtem słońce stoczyło się wielką kulą aż na krawędź świata.
— Piękny zachód! — rzekł król.
— Piękny… piękny zachód! — zawołały wierne Krasnoludki.
Naraz zaczęły dzwony bić…
Daleko gdzieś, daleko, wysoko gdzieś, wysoko, nad borem, nad lasem, głos dzwonu płynął i obejmował pola i łąki, i drżały pod nim trawy zroszone, i zioła, a od nieba do ziemi, w wielkiej wieczornej ciszy rozbrzmiewał szeroko głos dzwonu…
I nagle pod głosem tym zaczęły się osypywać barwy i kolory z wiernych Krasnoludków, tak właśnie jak się osypują złote liście z drzew jesiennych w modrej i słonecznej ciszy wrześniowego ranka.
Wzgórek, tron, król stary i cała drużyna rozwiały się cieniem.
Dzwon bił… słońce gasło.
Listki unoszące się lekko w powietrzu, sypnęły na ziemię.
Pod ich warstwą znikł wzgórek, na którym przed chwilą stały Krasnoludki.
Ukażą się znowu, ale nie pierwej, aż słonko wiosenne zaświeci.
*
Z całego narodu drobnych Krasnoludków został jeden tylko Koszałek-Opałek, który na wspólną schadzkę nie nadążył.
Stary, opuszczony sierota w miesięcznym promieniu cicho stąpa po śniegu i ręce drżące przy jasności srebrnej grzeje.
Jeden Koszałek-Opałek chodzi po świecie razem ze swoją brodą siwą, z wielkimi nastroszonymi brwiami, z kapturkiem i kubraczkiem ciemnym, a także ze swoim starym, poczciwym sercem; z pękiem kluczy u pasa, na które zamyka dzwonki polne, żeby nie budziły śpiących łąk, i konwalie, żeby nie budziły gajów podczas zimy.
Jeden Koszałek-Opałek chodzi po świecie, z jasnego szronu pereł sznurki niże. Porzucił już zupełnie on te myśli o sławie, co były początkiem i pychy jego, i niedoli.
Prosty się zrobił, dobry, cichy, z maluczkimi przestający, z wszelkim żywym stworzeniem sercem się dzielący.
Ciężkie on chwile miał, gdy się od mistrza Sarabandy dowiedział o zachodzie i zmierzchu całej swej drużyny, która pod ziemią przed mrozem się skryła.
Ale przebolał potem i pod dębem owym nieraz z tym małym gęślarzem siada i słucha pieśni jego.
Wielkiej swojej Historii Krasnoludków pewno nigdy już nie napisze.
Co mu, co i światu po księdze takiej, którą ogień spalić, a wiatr rozwiać może?
On sobie znalazł lepszą, żywą księgę.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.