lektury on-line

Kategorie

O krasnoludkach i sierotce Marysi - Maria Konopnicka - Strona 72

— A toć spod boru! Z miasteczka tatuś wracali i szli do boru, żeby sobie kija nowego wyciąć, bo mu się biczysko złamało. A tu jakiś psiak żółty skomle, za sukmanę tatusia targa, a do krzaków ciągnie.
— Mój Gasio! — zawoła Marysia. — Czy mu się co złego nie stało?
— Ej, jemu ta nic złego — odpowiedział, śmiejąc się, Kuba — ale ciebie, niebożę, naleźli tatuś prawie że bez duszy, taj przynieśli do chałupy, taj już.
— A moja gospodyni?
— E!… Zarówno tam gospodyni! Lepiej się z nami zostań! My już tatusia prosili, żeby cię do gospodyni nie dawał!
— Tatuś mówią — dodał Kuba — że mało chleba, ale się z tobą i tak podzielim, bo teraz w boru jest co jeść, to nie będzie głodu!
Na to Wojtuś:
— O jej! Co ma być głód! Mało to jagód czerwonych i czarnych, abo i grzybów! Zeszłoroczne orzechy też jeszcze gdzieniegdzie najdzie.
— Tatuś nawet rzemienia wziął na nas — zawołał ze śmiechem Kuba — tak my się naparli!
— Wybił was? Za co? — spytała Marysia z przestrachem.
— E, wybić, to ta nie bardzo wybił, ino postraszył trochę — rzecze, śmiejąc się, Kubuś. — Ale my het prosili, już i na rzemień nie patrzyli.
— To mnie tatuś zostawił tutaj?…
— Zaraz to nie zostawił tak ze wszystkim! — objaśnił Wojtuś. — Bo, powiada, trzeba się przepytać w Głodowej Wólce, czyja to dziewucha.
— A pytał?
— Pytał! Co by nie miał pytać? Dowiedział się o twojej gospodyni.
— No i cóż?
— A cóż? Lamentowała, że cię wilki porwały, a później znowu lamentowała, że cię nie zeżarły, tylko że tu w chałupie leżysz chora. „Cóż ja — powiada — z chorą gęsiarką pocznę! Już mi się insza dziewucha nagodziła, to ją trzymać muszę”.
— To są gęsi? — pyta radośnie Marysia, unosząc się na ławie.
— A są! Cztery białe, a trzy siodłate. A jakże!
— Piękne gęsie! — dodał Kubuś z powagą.
Marysia przymrużyła oczęta, westchnęła, jakby jej kamień z serca spadł.
Coś tam jeszcze chłopcy szczebiotali, ale już tego nie słyszała Marysia, bo ją nagły sen chwycił z tej niemocy.
Kiedy się znowu obudziła, już było szaro.
Słońce zaszło. W izbie nie było nikogo. Przez uchylone drzwi mrugały do Marysi złote gwiazdki, które po szafirowym niebie wędrując, zaglądały po drodze do sierotki, aby się dowiedzieć, czy zdrowa.
Drzwi drgnęły, coś wpadło do izby, potrąciło zydle i rzuciło się na dziewczynkę.
— Gasio! Mój Gasio! — krzyknęła słabym głosem Marysia, tuląc psinę. — Nie zapomniałeś o Marysi sierotce?
I posypały jej się z oczu łzy bujne a słodkie.
A tymczasem Gasio skomlał radośnie, ogonkiem kręcił i lizał jej śniade rączyny.
Ej, Marysiu, sieroto! Niejedna rzecz na świecie tak się składa jak sen dziwny, złoty. I niejedne łzy osusza litościwa ręka w śnie takim!
*
Tymczasem wielki dziw był w Głodowej Wólce, kiedy nowa gęsiarka gąski na łączkę pognała. Przypatrywali się ludzie, głowami kręcili, medytowali i tak, i tak, zgadywali różnie.
— Albo te same gęsie, albo nie te same!… Jakże mówicie, kumo?
— Jak mam mówić, kiedy mi się w oczach mieni. Może te, a może nie te! Siodłata większa jakby… jakby okazalsza!
— Gdzie ona tam większa! Widzi mi się, że ze wszystkim krótsza.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia