— A czyjeż mają być? — chłop na to. — Najpierw boskie są, a potem moje! Byłoć tego więcej drobiazgu, ale Bóg ich zabrał, kiedy ich odumarła matka. Tylko się tych dwójka w chałupie ostała.
— Niechże się chowają zdrowo! — rzecze na to król Błystek.
I wnet na drużynę swą skinął, żeby skarby z woza pod zapiecek niosła.
Ruszyły się Krasnoludki z pośpiechem i zaczęły dźwigać swoje skrzynki i szkatuły pod piec, a w mysie nory je chować, przy czym sprawiały się tak cicho, że się nawet kot bury, przed kominem leżący, nie zbudził.
Skrobek patrzył na to wzrokiem już obojętnym. Po dniu dopiero zobaczył na wozie, co to były za skarby: ot, małe skrzynki śmieci i kamyczków, nic więcej. Ten cały blask, ta światłość, te ognie i kolory, które go tak oślepiły w nocy, to był tylko proch i żwiry, a te sztaby złota i srebra — trzciny i badyle.
Ale gdy Krasnoludki, poznosiwszy co było, w mysich norach zniknęły, przejść sobie i ganków szukając, biczyskiem w ubitą ziemię stukać zaczął i na dzieci krzyknął:
— Hej, Kuba, Wojtek, wstawajta, nicponie, a duchem! Nie widzita, że się ociec wrócił?
Zaroiły się chłopcy w słomie i oczy przecierać zaczęły, szepcąc sennym głosem:
— Tatuńciu! A coście nam przywieźli z jarmarku?
Ale chłop był zły i nie do rozmów mu było.
— Kijam przywiózł! — rzekł tedy ostro.
A wtem Kubuś na słomie siadł i rzecze:
— Tatuńciu, widziałem króla.
A Skrobek:
— Królaś widział? A jakiż to król był?
Na to chłopiec:
— A Trzejkrólowy!
— No, to ci się tylko tak śniło! — rzecze Skrobek, który nie chciał, żeby dzieci o Krasnoludkach wiedziały i sąsiadom powiadały.
Ale chłopiec nie dał się z tropu zbić.
— Ale! — zawołał. — Nie śniło mi się, tatuńciu, tylko żem sprawiedliwie króla widział! Koronę złotą miał, królewskie obleczenie, brodę w pas i taką berlicę w ręku złocistą, że to aż blask od niej szedł jak od samego słońca. Sprawiedliwiem, tatuńciu, króla widział! Szedł i po drodze złoto siał.
Tu zaczął się bić w piersi chłopiec i przysięgać, jako mu się to nie śniło; ale Skrobek ofuknął go, tupnąwszy z gniewem nogą:
— Dam ja ci króla, próżniaku jeden, aż ci się kij przyśni! Wstawajcie mi duchem, a po chrust do boru biegajcie, bo go już mało! Rozumiecie?!
— Rozumiemy — odrzekli Wojtuś i Kubuś, a wygrzebawszy się ze słomy, w wiaderku się umyli, koszuliny krajką przepasali, uklękli, pacierze odmówili, po czym rękę ojca ucałowali i wziąwszy za pazuchę kilka wczorajszych kartofli, ku progowi szli.
A Skrobek rzemień z siebie odpasał, do góry go podniósł i pyta:
— Widzita, co trzymam w garści?
— Jużci widzim — chłopcy na to z nieśmiałością wielką.
— Cóż to jest?
— Ano… rzemień.
— Do czego?
— Ano… do bicia.
— A bicie boli?
— Oj, boli, tatuńciu, boli!
I nuż piąstkami oczy trzeć, za kolana obejmować ojca, do płaczu się krzywić.
Ale Skrobek rękę z rzemieniem opuścił i rzecze:
— Pamiętajcie to sobie, jeden z drugim, co wam teraz powiem: jak mi który parę z gęby puści o tym królu, to mu takie cięgi tym rzemieniem sprawię, że w niebie będzie słychać! Rozumiecie?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.