— Co zmarnowanego dobra i żywota! Co sił po próżnicy i we mnie i w tej ziemi zmarniałych!
Że też na niego choć przed rokiem, choć przed dwoma nie przyszła taka godzina…
Ot, czekała, czekała go ta ziemia cierpliwa, dobra… Czekała go, w dziki kwiat strojąc się i w dzikie trawy, jak Cyganka, bo jej nie przyodziała praca jego złotą szatą kłosów…
Teraz on ją ustroi… Teraz ją odżywi… Teraz on syn, syn! A ona matka rodzona!…
Piały już kury, kiedy umęczony myślami swymi Skrobek usnął wreszcie. Śniło mu się, że po modrym niebie chodzi, miesięcznym sierpem gwiazdy kosi i w stogi je wielkie u bożych stóp składa…
Ot, taki sen złoty…
Ledwo świt, dobył Skrobek pieniędzy z garnka ukrytego w słomie pod strzechą i poszedł pług kupować i bronę, do kołodzieja Wojcieszka, na drugi koniec wioski. Droga przez wieś pusta jeszcze była i cicha; ale Wojcieszek już okrakiem na stołku przed chatą siedział i śmigłą drzewinę strugiem na dyszel strugał, pogwizdując na szpaka, co go u siebie od wielu lat chował.
Ledwo Skrobek na drodze się pokazał, już ten szpak krzyczeć zaczął:
— Wojcieszku! Wojcieszku! Wojcieszku!
Kiwnął na to stary głową i rzecze:
— Gość idzie.
— Gość! Gość! Gość! — wrzasnął szpak gwiżdżącym dyszkantem, a w tej chwili przybliżył się Skrobek.
— Pochwalony!
— Na wieki! — odrzekł Wojcieszek, a tuż i szpak za nim.
— Zmyślny ptak! — rzecze Skrobek z dziwem. — Musi chyba u organisty w naukach był?
— I… nie! — Wojcieszek na to. — Samem go wyuczył. Człowiek sierota stary, odumarli bliscy i pokrewni, ust nie ma otworzyć do kogo, to się choć do ptaka, niemego stworzenia, odezwie. A czegóż to chcecie?
— A pługa. Ale to tęgiego pługa!
— No! Cóż tam będziecie orać i komu?
— Sobie! Sobie i dzieciskom na chleb orać będę ów to ziemi szmatek, co go uroczyskiem zwą.
— Ho?… — zadziwił się Wojcieszek — Na tę ziemię toby potrza harmaty, nie pługa. To ziemia zastarzała… zadziczona… ciężko z nią będzie.
— Ciężko… ciężko… ciężko! — zapiszczał nagle szpak i kaszlać, i dychać zaczął jak zmęczony człowiek, bo i to potrafił.
Skrobkowi mdło się jakoś zrobiło pod sercem. Opadała go dawna ospałość jakby… Ale się wnet z niej otrząsnął i rzecze:
— Pług ma być tęgi, bo ziemia tęga jest i praca tęga, no i robotnik tęgi!…
Rozśmiał się, wyciągnąwszy przed siebie żylaste, w kułak ściśnięte ręce i wesoło spojrzał.
— Ha, no, to się i zrobi! — rzekł Wojcieszek na to.
— Zrobi… zrobi!… — wrzeszczał teraz szpak, bijąc radośnie skrzydłami.
Skrobkowi oczy palić się zaczęły, a czując wielką siłę duszną, prędko mówił:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.